niedziela, 3 września 2017

Gruvia One Shot "Morska śpiewaczka"

Mętnym wzrokiem obrzuciła swe siostry, czekające cierpliwie na ofiarę, która wolno zbliżała się do syrenich skał. Gdy dały jej znak, wspięła się na jeden z wystających znad ziemi kamieni i zaczęła śpiewać. Jej głos zgubił marynarzy, którzy szybko rozbili się, a na ich ciała, wciąż szamotające się w wodzie, rzuciły się potwory, szybko rozrywając je na strzępy.
Krew znów zabawiła morze.
W przeciwieństwie do innych syren, nie lubiła ludzkiego mięsa – było obrzydliwe w smaku, wolała polować na mniejsze ryby. Lecz niestety, jej siostry chcąc by kontynuowała „syrenią tradycję” zmuszały ją do śpiewania, ilekroć jakiś statek przepływał obok nich. Pewnego dnia zauważyła jak kolejny wpływa prosto do paszczy lwa. Szybko wspięła się na skałę i rozpoczęła pieśń. Była piękna, niesamowita, zgubna, chcieli słuchać jej wszyscy członkowie załogi. Wszyscy, oprócz jednego. Stał niczym niewzruszony, patrząc się na morską toń, w której tylko czekały siostry. Zdumiona tym, zaczęła śpiewać głośniej. Wciąż nic. Zmieniła pieśń na ładniejszą – olał ją kompletnie, sterem przekręcając w bok. Musiał mieć serce z lodu, skoro nie chciał słuchać jej śpiewu! Ona chciała rozpuścić ten lód, gdyż jej uczucia oszalały.
Zakochała się.
***
- Szlag by to – Gray przeklął pod nosem, widząc jak jego towarzysze patrzą się jak zahipnotyzowani na stwora o niebieskich włosach. Sam nie wiedział, czy to przez śpiew, jaki wydobywał się z ust syreny, czy przez odsłonięte kompletnie ciało, którego połowa przypominała kobiece wdzięki, ale marynarze głupieli. Kilku już szykowało się do skoku do wody, a innych dwóch już skoczyło w morze, a na których rzuciła się cała reszta bestii, skrywająca się w cieniu statku. Nawet ich kapitan – Erza Scarlet – patrzyła się zauroczona na niebieskowłosą istotę, wsłuchując się w pieśń.
Jemu ona się nie podobała: taka wesoła, mówiąca o pięknym życiu syren, o szczęśliwie zakochanym marynarzu. Sama dziewczyna (o ile można tym mianem nazwać bestię o ciele kobiety i ogonie ryby) również według niego nie była jakimś okazem piękna, wzroku nie przyciągały też kobiece krągłości. A przynajmniej jego wzroku, ponieważ kolejni wyskakiwali za burtę. Widząc to, uderzył z całej siły kapitana w głowę, by nie popełniła kolejnego błędu, a kolejnych przywiązywał do masztu, lub również pozbawiał przytomności. Został tylko jego najlepszy przyjaciel, Lyon. Białowłosy zachwycony syreną nie słuchał jego próśb, odtrącał jego ręce, aż w końcu wyskoczył, ciągnąc również jego. Przerażony uderzył w taflę wody, a w jego ciało natychmiast wbiła się para szczęk. Próbował wydostać się na powierzchnie, ale im bardziej się szamotał, tym mocniej dwie syreny ciągnęły go w dół, aż w końcu cisnęły nim o morskie dno. Czuł, że powoli traci powietrze, a przed oczami pojawiają się mroczki. Przeklął soczyście w myślach, gdy ostre, syrenie kły oderwały kawałek mięsa od jego prawego boku, chichocząc przy tym upiornie. Nie dał rady już dłużej walczyć – brak powietrza dał o sobie znać, a jego oczy same się zamknęły.
Żegnaj życie!
***
- Patrz Juvia, co ci zostawiłyśmy! Najlepsze ciacho! - aż bała się spojrzeć na porozrywane ciało, ale w końcu odwróciła się – Jeszcze żyje, ale zemdlał już!
Kiwnęła tylko głową i przejęła mężczyznę od sióstr, oglądając jego rany. Niewiele myśląc, przytknęła swoje usta do jego rozwartych warg i podała mu trochę drogocennego tlenu. Wiedziała doskonale, że niewiele to pomoże i ruszyła ku powierzchni, gdzie wystawiła głowę ocalałego nad wodę, uciskając jego pierś, dzięki czemu wypluł po chwili trochę wody, która wydostała się z jego płuc.
- Już wszystko dobrze, Juvia się tobą zaopiekuje – wyszeptała i przytuliła głowę ciemnowłosego do swojej szyi – Juvia nie pozwoli cię skrzywdzić.
W jej oku pojawił się wesoły błysk, a usta wygięły się w delikatnym uśmiechu, chyba pierwszy raz w jej nudnym życiu, w którym nieprzerwanie panowała rutyna.
Przerzuciła sobie jego ramię przez swoją szyję i zaczęła płynąć w kierunku pierwszej lepszej skały, co jakiś czas spoglądając na okręt, z którego wypadł marynarz, ciągnięty przez białowłosego, którego resztki ciała gdzieś pływały jeszcze na wodzie.
- Juvia zaraz cię opatrzy – wymamrotała, oddzierając kawałek spodni i obwiązując nim krwawiący bok mężczyzny. Gdy to zrobiła, ułożyła go jak najwygodniej na skale, a sama swój wzrok przerzuciła z twarzy ciemnowłosego na łódź. Ta przez wiatr i siłę syrenich rąk spychana była na śmiercionośne skały. Na pokład zaczęło dostawać się mnóstwo wody, a marynarze, który oprzytomnieli już po jej śpiewie, próbowali wyrwać się z więzów, a część wciąż jeszcze leżała (bądź już pływała) na podłodze z zamkniętymi oczami. Kolejny wrak osiądzie na dnie morza, a kolejni mężczyźni zginą w paszczach jej sióstr.
Patrzyła na to wszystko ze smutkiem, w jej gardle rosła gula, a do oczu wcisnęły się łzy.
***
Z trudem uniósł powieki, lecz po chwili szybko je opuścił, gdyż w jego biedne gałki oczne uderzyło światło dnia. Po omacku starał się rozpoznać teren, na którym leżał prawdopodobnie bezwładnie kilka godzin, a gdy stwierdził, że nie ma zielonego pojęcia, gdzie jest, zdecydował się na ponowną próbę otwarcia oczu, która tym razem skończyła się pomyślnie. Rozejrzał się po kamienistej plaży, pełnej szkieletów, kości, podartych materiałów i gnijącego mięsa, nad którym latały setki much.
Zrozumiał gdzie jest, więc szybko zerwał się na nogi i podbiegł do pierwszego lepszego trupa, którego syreny nie miały ochoty zjeść poprzedniego dnia. Po jego policzkach spłynęło kilka łez, a serce zaczęło szybciej bić.
- Ul – przytulił zwłoki kobiety, która zajmowała się nim całe jego dzieciństwo, znalazła mu pracę jako marynarz, oraz razem z nim wypływała w morze. Słone krople zaczęły spadać na siną twarz bez żadnego wyrazu, a ramiona czarnookiego mocniej zacisnęły się na jej ciele. Nie miała na sobie nawet skrawka ubrania, na nogach i brzuchu miała mnóstwo śladów po syrenich zębach, lecz i tak najgorzej wyglądała jej głowa – czaszka rozbita została kamieniem, a po twarzy przejechały pazury. Nie miała jednego oka, najwidoczniej bestie je wydłubały.
Odłożył w końcu martwą Ul i zaczął iść w stronę lasu widocznego przy plaży, chcąc wziąć gałęzie na krzyże, które ustawiłby na grobach nieżywych kompanów.
Kopanie dołów, zaciąganie nieboszczyków do nich, zakopywanie, robienie dla każdego osobna krzyż, oraz drewnianą tabliczkę z imieniem zajęło mu praktycznie cały dzień. Niestety, wielu ciał nie mógł znaleźć, albo znajdywał na przykład tylko rękę czy nogę, nie mogąc zidentyfikować do kogo ona należała, a nie chciał robić pustych grobów, według niego, pogrzeb miał sens wtedy, jeśli do ziemi można cokolwiek włożyć. Ale każdemu człowiekowi należy się pochowanie go, więc zrobił jeszcze jedną mogiłę, gdzie na kamieniu wypisał imiona pozostałych. Wieczorem, usiadł przy grobie Ul, ponownie roniąc łzy.
- Kap, kap, kap – słysząc czyiś głos, odwrócił się z przerażeniem. Za nim siedziała niebieskowłosa syrena, ta sama, która zwabiła jego przyjaciół i skazała ich na tak okrutną śmierć. W jego oczach pojawiła się iskra, a po chwili płomień wściekłości zapalił się w jego tęczówkach. Wyjął z kieszeni sztylet, który wymierzył w gardło kobiety.
- Ty szmato! - wrzasnął – przez ciebie Ul nie żyje!
Rzucił się na nią, broń przykładając do jej krtani.
- Juvia przeprasza – szepnęła i zamknęła oczy – Juvia nie chciała śmierci towarzyszy Panicza.
Wyciągnęła ręce do przodu, opierając je o klatkę piersiową mężczyzny. Poczuła szybkie bicie jego serca, a na jej twarz spadło trochę słonych kropel.
- Co mi po twoich przeprosinach?! Lyon, Erza… wszyscy moi przyjaciele, nie żyją! A przez kogo?! Przez ciebie! - na przemian płacząc i krzycząc, trzymał ostrą krawędź milimetry nad jasną skórą. Jedną ręką podpierał się o ziemię, a spojrzenie wbijał w zaciśnięte powieki wroga. Czuł nienawiść do jej osoby, obrzydzenie, miał ochotę zamordować ją z zimną krwią, mszcząc swoich poległych kompanów.
Syrena również zaczęła ronić łzy, jej wargi drżały.
- Juvia przeprasza! - pisnęła, w gardle pojawiła się ogromna gula utrudniająca mówienie.
Bajka o syrenie i marynarzu o zimnym sercu skończyła się okrutnie: Gray zostawił
wykrwawiającą się na śmierć dziewczynę, odchodząc na drugi koniec wsypy.
Tam przeżył resztę swojego życia jako samotny rozbitek, mimowolnie wspominając z poczuciem winy umierającą Juvię.
Oko za oko. Ząb za ząb.
Życie za życie.



-_-_-_-_-_-_-_-_-_-_-_-_-_-
-_-_-_-_-_-_-

Woooow! Ale szaleję! Dwa posty w jednym tygodniu!
Luna, czy ty nie jesteś czasem chora?
Nie, po prostu (w końcu! ;_; T_T) skończyłam tego shota, którego tak okrutnie zakończyłam, co jest do mnie nie podobne, gdyż wolę wesołe zakończenia. Ale cóż, jakoś mnie naszła wena, każąca napisać mi czyjąś śmierć, więc proszę bardzo!
Weno, jesteś zadowolona?
Wena: Nieeeeeee. A tak w ogóle Luna, to jak będziesz męczyć się na niemieckim, to prawdopodobnie do ciebie wpadnę :P.
Co proszę?!
Wena: A kiedy będziesz miała weekend, to wyjeżdżam w Bieszczady. Tak jak w zeszłym roku.
Tak, moja wena jest kapryśna i podczas roku szkolnego odwiedza mnie w najgorszych momentach, więc nie wiem jak będzie z rozdziałami.
Do zobaczenia!

Luna D.

sobota, 2 września 2017

Rozdział 18 "Czekolada"

Każdy z nas wybałuszył oczy, a Happy ze zdziwienia otworzył pyszczek.
- Natsu, czy tylko ja widzę tu Wendy? - spytałam narzeczonego, wskazując granatowowłosą dziewczynkę z doczepionymi skrzydełkami, oraz w białej, uroczej sukience z falbanami.
- Nie, nie tylko ty – zamiast niego, odpowiedział mi Macao, przyglądając się jej ze zdziwieniem. Wtedy zaczęły śpiewać. Głosy miały czyste oraz przyjemne dla ucha, a biodra delikatnie ruszały się w takt śpiewanej piosenki. Przestałam zawracać sobie głowę tym, kim jest młoda artystka, po prostu wsłuchiwałam się w muzykę. Nagle Dragneel zerwał się jak oparzony z miejsca i wskoczył na scenę, przerywając występ. Zaczął wpatrywać się w zdziwioną Wendy, aż w końcu odezwał się:
- Kopę lat, Wendy! Idziesz z nami! - biedaczyna nie miała czasu nawet odpowiedzieć, gdyż mężczyzna przerzucił ją sobie przez ramię, uśmiechając się od ucha do ucha. Westchnęłam teatralnie, przykładając dłoń do twarzy.
- Bardzo przepraszamy za niego – Tytania ściągnęła Natsu, a po widowni rozeszły się szmery, niektórzy wskazywali dwójkę magów palcami. Granatowowłosa dziewczyna nie była w stanie się ruszyć, w jej oczach zabłyszczały łzy, a wzrokiem błądziła po widowni. Gdy odnalazła mnie, pomachałam jej lekko dłonią i uśmiechnęłam się przepraszająco. Wtedy zeszła ze sceny i wolnym krokiem podeszła do naszej grupki, ocierając rękawem słone krople.
- Witajcie – szepnęła i upadła na kolana, zanosząc się płaczem. Występ został z tego wszystkiego przerwany, widzowie źli rozeszli się do domów, Sherria Blendy - która śpiewała razem z naszą Wendy – próbowała uspokoić swoją przyjaciółkę, a ja zdzieliłam narzeczonego torebką.
- Skąd się tu wzięłaś? - zapytał bezceremonialnie Salamander, gdy smocza zabójczyni wytarła ostatnią łzę.
- Mieszkam tutaj razem z Sherrią, oraz śpiewam dla mieszkańców, za co dostaję czasami pieniądze, w dodatku utrzymuję się jako barmanka w Lamia Scale – wstała z ziemi, zaciskając lekko pięści – Po rozpadzie Fairy Tail zamknięto Fairy Hills, więc nie miałam gdzie mieszkać i jak zarabiać na swoje życie. Pani Ooba ( jakby ktoś nie pamiętał: mistrzyni Lamia Scale, dop.aut) wyciągnęła do mnie pomocną dłoń, oferując mi pracę oraz występy, Sherria zaproponowała mi wspólne wynajmowanie mieszkania.
- To prawda – staruszka kręcąc nieustannie swoim palcem, podeszła do nastolatki i położyła rękę na jej ramieniu – Wiedziałam, że w końcu przyjdziecie do nas wróżki. W życiu bym nie pomyślała, że Makarovowi aż tak odwali na starość, że zamknie tak wspaniałą gildię. Jak tylko go dorwę, to porządnie nim zakręcę! - biedny mag stojący najbliżej nas zaczął się kręcić, gdy tylko mistrzyni gildii zaczęła energiczniej ruszać swoją ręką – A ty drogie dziecko, wróć do nich.
- Pani Ooba~ – zaczęła Wendy, ale starsza magini ujęła jej dłoń i odeszła z nią gdzieś na bok.
- Myślicie, że będzie chciała z nami iść? - Aki wyciągał szyję, by móc ujrzeć zza Elfmana Marvell.
- Tak – odparł Natsu – Na pewno.
Miał rację: gdy tylko wróciła, a my powiedzieliśmy o naszym pomyśle, zgodziła się z uśmiechem na twarzy.
***
- Mroczna Gildia! - żegnaliśmy się z magami z Lamia Scale, gdy nagle usłyszeliśmy głos przerażonego mężczyzny. Sekundę później drzwi budynku rozleciały się w proch. Stało tam przynajmniej trzystu uzbrojonych magów, którzy czekali tylko na sygnał do ataku. Nagle usłyszeliśmy go - okrzyk mistrza mrocznej gildii. Natsu wziął mnie na ręce i zaczął biec.
- Co ty robisz?! Musimy wrócić i im pomóc!
- Ja tak, ty nie - rozejrzał się, aż w końcu otworzył pierwsze lepsze drzwi i kazał mi tam zostać. Zła, marudząc weszłam do pomieszczenia i usiadłam na podłodze. Zostałam sama w schowku na miotły. Usłyszałam wykrzykiwane zaklęcia, krzyki bólu, a najgłośniejszy był kto? No oczywiście Salamander. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, jakie niebezpieczeństwo by mnie i dziecko czekało, gdybym tam została. Oparłam się o ścianę i odchyliłam głowę w tym. " Od kiedy jestem głupsza od Natsu? Ciąża chyba jednak COŚ robi z człowiekiem " pomyślałam i cicho zaśmiałam się. Nagle poczułam ból. " Nie, nie, nie! Błagam nie teraz!" zaczęły się skurcze, a kolejna dawka bólu przeszyła moją głowę. Ciemność. "Nie ja nie chce!" wrzasnęłam w myślach, bojąc się kolejnego koszmaru.
- Spokojnie - "Nie! Nie chce! Moja mama nie żyje, kto się pod nią podszywa?!" słysząc tak dobrze znany mi głos, zła zaczęłam wymachiwać rękoma.
- Mówię żebyś się uspokoiła, bo inaczej wnuczka mi zginie, zanim się w ogóle urodzi - blond włosa westchnęła a wraz z nią stojący obok czerwony smok. Zamrugałam ze zdziwienia. Przede mną stały dwie osoby które już nie żyły. A jednak jakoś pojawiły się w mojej podświadomości.
- Więc już wiesz kim jestem? - Igneel zbliżył ogromny łeb i obwąchał mnie delikatnie. - Tak jak mówiłem Layla, to dziewczynka.
- Skąd?!~
- Skarbie, my wszystko widzimy. Myślisz, że tylko Mavis może być na ziemi, mimo że nie żyje? My też. Co prawda Igneel dopiero teraz ci się ukazał, ale mnie widziałaś wcześniej, prawda? Wybacz za tamten koszmar, chcieliśmy cię przetestować. No i niestety oblałaś. Mówi się trudno - Layla wręczyła mi coś, a ja mimo tego, że złość niemal wylewała się ze mnie, to przyjęłam przedmiot. Był to klucz. "Aquarius?!" zdziwiona krzyknęłam w myślach.
- Brawo! Teraz musisz to już tylko znaleźć w prawdziwym świecie. Powodzenia - postacie zaczęły znikać. Stałam sama z kluczem, bezradnie rozglądając się za kimkolwiek, kto mógłby mi pomóc.
Nagle znowu wszystko zrobiło się czarne, a moje ciało stało się bezwładne. Otworzyłam oczy i usiadłam.
- Gdzie ja jestem? - wymamrotałam zdziwiona. Obok mnie siedziała tylko Wendy z apteczką.
- W oddziale medycznym Lamia Scale. Pan Aki znalazł panią w schowku na miotły, skuloną, oraz mamroczącą w nieznanym mu języku. Przyniósł cię tu, po czym przyprowadził mnie – odpowiedziała mi Marvell, przykładając swoje dłonie pokryte zieloną aurą do mojej klatki piersiowej – Nie mam pojęcia co mogło się stać, więc jedyne co mogę zrobić, to nałożenie lekkiego zaklęcia uspakajającego.
Kątem oka spojrzałam na swoją dłoń, oczekując, że będzie na niej leżał klucz, ale nie było tam niczego. Wzięłam głęboki oddech i splotłam ze sobą palce, kolejny sen ponownie źle się na mnie odbił.
- Czy walka już się skończyła? - spytałam.
- Tak, reszta stoi za drzwiami i czeka na nas. Mam małe pytanie…
- Mów śmiało!
- Czy jest pani w ciąży?
- T-tak – zarumieniłam się leciutko.
- Więc ma pani już męża? Aż tyle wydarzyło się przez ten rok?! - krzyknęła zdumiona, a jej oczy otworzyły się szeroko. Obie spaliłyśmy buraka, Marvell z niedowierzaniem dotykając mojego lekko wypukłego brzucha, ja postanowiłam popatrzeć sobie w białą ścianę, która wydała mi się w tamtym momencie wyjątkowo ciekawa.
- Nie – odezwałam się cicho po chwili milczenia – Jeszcze nie jesteśmy małżeństwem.
Nie mieliśmy za dużo czasu na opowiedzenie nastolatce, co działo się przez te piętnaście miesięcy po zamknięciu gildii, jedyne co zdążyliśmy zrobić, to przedstawić naszego nowego przyjaciela. Pokrótce opowiedziałam jej jak zaczęliśmy zbierać naszą niewielką ekipę, oraz na szybko napomknęłam coś o tym, że Natsu to mój narzeczony. Gdy skończyłam, Mirajane z filiżanką herbaty dla mnie wkroczyła do pokoju i oznajmiła, że udało im się przegonić magów, a mistrzyni Lamia Scale już powiadomiła odpowiednie służby, by zlikwidowali mroczną gildię.
- Dobrze się już czujesz? - usiadła przy łóżku na którym leżałam.
- Powiedzmy.
***
Gdy Wendy wzięła ze swojego i Sherri trochę ubrań i Carlę, ruszyliśmy w dalszą drogę w stronę miasta w którym rzekomo nieustannie przez dwa bite tygodnie padał deszcz, a co mogło się z tym wiązać? Nasza Juvia! Jako że na podróżowaniu piechotą oraz spaniu pod gołym niebem zaoszczędziliśmy sporo pieniędzy, postanowiliśmy dotrzeć tam pociągiem.
- Naaatsu – szliśmy przez miasto, gdy nagle przytuliłam się do różowowłosego maga – chcę czekoladę.
- Skąd mam ci wytrzasnąć czekoladę? - na jego skroni pojawiła się pulsująca żyłka, a spojrzenie utkwiło w lecącym przed nami Happym.
- Wymyśl coś – mruknęłam, krzyżując ręce pod piersiami.
- Obawiam się Lucy, że myślenie nie jest akurat jego mocną stroną – wspomniany exceed włączył się do rozmowy, cicho chichocząc – Mogę dać ci rybkę, też dobra.
- Ona chce czekoladę – wskazałam na swój zaokrąglony lekko brzuszek, w policzki nabierając trochę powietrza.
- Ona? - na to jedno słowo, cała grupka magów przystanęła i spojrzała na mnie z zaciekawieniem – Skąd wiesz, że to dziewczynka?
- Przeczucie – uśmiechnęłam się nerwowo, po czym zarumieniłam się lekko – Więc możemy kupić czekoladę?
- Oczywiście! - w tęczówkach dziewczyn pojawiły się gwiazdki, a Natsu wywrócił oczami. I w ten oto sposób zboczyliśmy z obranego przez Erzę i Macao kursu i ruszyliśmy w stronę sklepu ze słodyczami. Wendy zachwycona patrzyła na kolorowe lizaki, a biedny Romeo widząc to, starał się wygrzebać drobne ze swojego portfela. Obserwując tą scenę, aż miałam ochotę pisnąć ciche „awwww”, lecz powstrzymałam się i dalej oglądałam próbę znalezienia wystarczającej liczby pieniędzy.
- Co podać? - sprzedawca z nieukrywanym śmiechem również przyglądał się dwójce młodych magów, lecz w końcu zwrócił uwagę na mnie, gdyż w dłoni trzymałam już kilka kryształów.
- Czekoladę – obdarzyłam go uśmiechem i gdy tylko dostałam mleczny wyrób nadziewany orzechami, położyłam pieniądze na ladzie i wyjęłam słodycz z opakowania. Gdy zjadłam, wznowiliśmy wędrówkę, po kilkunastu minutach docierając na stację. Wsiedliśmy w pociąg jadący do miasta Musici, wystawiając smoczego zabójcę na cierpienie, a reszcie przynosząc ulgę naszym nogom.
Pewien czas temu zauważyłam, że coraz częściej mam różne zachcianki, najczęściej dotyczące jedzenia i to często dość dziwnego. Dragneel patrzył na mnie z lekkim zdumieniem, gdy jadłam na przykład kiszonego ogórka ze śmietaną i czekoladą, lecz i tak szczytem wszystkiego było… przypadkowe zjedzenie przeze mnie ognia. Zdarzyło się to w nocy, Natsu postanowił wyjść z namiotu w którym spaliśmy. Aby oświetlić sobie drogę, podpalił swoją dłoń, bardzo blisko mojej twarzy, a że ja spałam z otwartymi ustami, to wciągnęłam płomienie i z mlaskiem je połknęłam. A przynajmniej tak było, o ile smoczy zabójca i nasz koci kolega nie kłamią. A jak już o nim mówimy, to widziałam doskonale, że zmienił się w ciągu tych trzech miesięcy – częściej myślał, zaczął rozważać nad naszą przyszłością, a nawet po kryjomu czytał książkę o rodzicielstwie. Mimo wszystko, mimo odpowiedzialności, jaka na nas spadła, wciąż jest tym uśmiechniętym i lekko rąbniętym chłopakiem, którego poznałam w Hargeon. 
A czy ja się zmieniłam? Nie, chyba nie, zaczęłam tylko nieco inaczej się odżywiać i myślałam o snach, lub o liście, lecz to drugie schodziło na drugi plan. Nie chciałam się tym zadręczać, wolałam gdy moje myśli szybowały koło tematu radosnej przyszłości, lub gdy chłonęłam teraźniejszość.



-_-_-_-_-_-_-_-_-_-_-_-_-_-_-_-_-_-
-_-_-_-_-_-_-_-_-
Witaaaajcieeeee.....
Dość długo nie przychodziłam z rozdziałami, wiem o tym dobrze :\. Jednak w końcu, po długich mękach, myślenia, planowania, pisania i poprawiania, publikuję rozdział osiemnasty. Na następny chyba nie będziecie musieli czekać ( o ile ponownie w tym roku nie odetną nam internetu), gdyż jest już w drodze. 
Czy tylko ja czuję się tak, jakbym miała iść do więzienia, a nie do szkoły? Mówiąc szczerze, boję się tam wracać, nie chcę być znowu przezywana, mimo że cała sprawa z przezywaniem mnie ucichła, nie jestem już osłem ofiarnym w klasie, ale i tak mam mocne przeczucie, że coś się może, mówiąc brzydko, spieprzyć.
Mam nadzieję, że z większym entuzjazmem niż ja, wracacie do nauki.
Do następnego!
L.D.




sobota, 12 sierpnia 2017

Uwaga! Plagiat!

Sądzę, że większość z moich czytelników wie co znaczy to słowo, oraz czemu powinno unikać się plagiatu jak ognia. Najwidoczniej ktoś jednak o tym NIE WIE. Znalazłam ostatnio książkę na wattpadzie pod tytułem "Fairy Tail: Nalu~
Wielki powrót ~". Sam tytuł oraz opis wydawały mi się podejrzane, więc postanowiłam przeczytać prolog. Gdy skończyłam, dla potwierdzenia mojej jednej teori, zajrzałam na swojego bloga i przeczytałam pierwszy rozdział. I wiecie co? Są niemalże identyczne! Różniły się tylko dopiskami autora, oraz narracją, która tam była trzecioosobowa. Wkurzyłam się w tamtym momencie, więc przeczytałam pozostałe dwa rozdziały które zostały udostępnione na wattpadzie.

Do czego zmierzam? Proszę was: nie kradnijcie czyjejś pracy! Możecie tworzyć, inspirując się pracami innych, pisząc pod tworem, kim lub czym inspirowaliście. Możecie powiedzieć: "Ale Luna, ty przecież dodajesz na bloga czyjeś rysunki, tylko je przerabiajac!". Tak, robię to, ale nie mówię, że ten rysunek jest stworzony przeze mnie, dodaję go jedynie jako deser po rozdziale czy one shocie.

Link do książki: https://www.wattpad.com/story/85570244-fairy-tail-nalu~-wielki-powr%c3%b3t~


I standardowo obrazek :*


piątek, 4 sierpnia 2017

Luna powraca!

Dosłownie przed sekundą zaktualizowałam rozdział siedemnasty, oraz poprawiłam nieco wygląd bloga. Zapraszam do czytania!





piątek, 9 czerwca 2017

One shot "Urodziny"

Włożyłem łapkę, zamykając przy tym moje duże oczy. „Proszę, proszę” błagałem cicho w myślach, aby szczęście dopisało mi. Uniosłem powieki i spojrzałem na wyciągnięty przedmiot.
- No cóż Happy – zadowolony Natsu skrzyżował ręce na piersi – Zdarza się.
Wyciągnąłem najkrótszą słomkę.
***
- Chodź mi pomóż! - złapałem przyjaciela za nogawkę. Chłopak spojrzał na mnie, wzdychając ciężko.
- No dobra – wymamrotał cicho.
Może lepiej wyjaśnię, co tu się dzieje do najświętszej rybki: Lucy kończy osiemnaście lat, więc są to jej pierwsze urodziny w gildii i w dodatku osiąga pełnoletność. Aby to uczcić, Erza wpadła na pomysł zorganizowania imprezy niespodzianki, takiej z mnóstwem balonów, ulubionych słodyczy blondynki, bez łyka alkoholu, a na noc przyszłaby do Fairy Hills, aby schlać się do nieprzytomności. Brawo dla potężnej Tytani!
A gdzie tu moja rola? Mam ją na tą zabawę przyprowadzić, ale mówiąc jej taką gadkę, żeby się nie domyśliła. W ogóle muszę wyciągnąć ją z mieszkania.
Problem polega na tym, że tydzień temu pokłóciła się ze swoją drugą połówką, ze łzami w oczach wyrzucając jego, mnie oraz obraz Reedusa, przedstawiający naszą trójkę. O co poszło, nie mam pojęcia, ale musiało być to coś poważnego, skoro ona od tamtego dnia ani razu nie wyszła z domu, a mój przyjaciel siedzi przybity w kącie.
- Może pogodzicie się na imprezie? - zaproponowałem cicho, idąc w stronę mieszkania Lucy.
- Wątpię.
- Spróbuj chociaż. Przecież ją kochasz – dzięki skrzydłom uniosłem się do góry, spoglądając mu w oczy.
- Mhm – założył ręce za głowę i spojrzał na zachodzące słońce – A zresztą, od kiedy jesteś specem od spraw miłosnych?
- Odkąd zakochałem się w Carlusi! - uśmiechnąłem się na samo wspomnienie białej kotki. Szaleję na niej punkcie i ostatnio zauważyłem zmianę w naszych relacjach! Nie krytykuje mnie na każdym kroku i trzymaliśmy się nawet za łapki!
- I za to cię lubię Happy – Natsu pogłaskał mój łebek, wznawiając marsz, tym razem uśmiechając się optymistycznie.
Po kilku minutach dotarliśmy pod mieszkanie. Dragneel wziął głęboki oddech i zaczął się wspinać po budynku, z zadowoleniem stwierdzając, że okno jest otwarte na oścież. Zupełnie jakby na nas czekała.
- Yo Lucy! - krzyknął, a ja przytaknąłem swoim markowym „Aye”
Heartafilia siedząca przy biurku powoli odwróciła głowę. Oczy miała lekko podkrążone, włosy poplątane, a ramiączko przybrudnej bluzki zjeżdżało na jej ramię.
- Natsu? - szepnęła cicho, wstając. On kiwnął głową i podszedł do niej, zamykając ją w niedźwiedzim uścisku.
- Wybaczysz mi to? - nie usłyszałem odpowiedzi, gdyż postanowiłem pójść do kuchni, nie chcąc im przeszkadzać. A nuż, może wydarzy się tam coś więcej? W końcu znajdując w lodówce rybkę, wróciłem do pary, która delikatnie się całowała. Czyli jednak się pogodzili!
- Czyli nie będziesz siedzieć przez następny miesiąc w domu i wyjdziesz do ludzi? - wepchnąłem do pyszczka jedzenie, zniekształcając tym samym wypowiadane przeze mnie słowa.
- Tak, za pół godziny idziemy do gildii, tylko muszę się ogarnąć – dziewczyna uśmiechnęła się, odpychając zachłanne usta Salamandra, po czym poszła do łazienki. Chwilę później wróciła, jedną dłonią rozczesując swoje włosy, a drugą poprawiając to przeklęte ramiączko, wciąż opadające w dół.
- Natsu, podasz mi jakąś bluzkę? - wymamrotała, trzymając w ustach różową kokardę.
Smoczy zabójca jednym susem dotarł do sporawej szafy i szybko wyciągnął z niej pierwszą, lepszą bluzkę.
***
- Lucy, zamkniesz na chwilę oczy? - podleciałem bliżej niej, gdy chciała otworzyć drzwi gildii.
- Po co?
- Gray znowu lata bez gaci – palnął różowowłosy, a ja uniosłem mu jeden z palców, który miał imitować ludzki kciuk. Kocie życie jest takie smutne bez tego jednego palca! Ale mi przynajmniej udawało się utrzymywać w łapkach przedmioty.
-No dobra – blondynka wzruszyła ramionami i pozwoliła zasłonić sobie oczy.
- Trzy – zacząłem głośno liczyć, jednocześnie popychając gildyjne drzwi.
- Dwa – Dragneel ustawił się na swojej pozycji, puszczając z ust ogniste fajerwerki w kształcie serc i napisu z życzeniami.
- Jeden! - odsłoniłem czekoladowe tęczówki i poleciałem do innych exceedów, przytrzymujących transparent.
- Sto lat, sto lat…!







No właśnie, sto lat! Mój blog kończy właśnie pierwszy roczek! Aż się łezka w oku kręci…
Ale przejdźmy do rzeczy.
Nie było mnie bardzo długo, wiem o tym, a myśl o braku mojej obecności na własnym blogu nie daje mi spokoju. Ale jak widzicie, żyję i mam się w miarę dobrze!
Pewnie pytacie, czemu nie było rozdziału? Jest kilka przyczyn:
~ pogarszające się problemy rodzinne, co rodzi nerwowość i brak skupienia
~ brak weny, który jest wynikiem powyższego podpunktu
~ nie skończyłam jeszcze oglądania drugiej serii Fairy Tail. Utknęłam na arcu Tartarosa i nie mam siły ani czasu na dokończenie (Jak nie rozumiesz, o co chodzi, kliknij tu i tu)
~ problemy w szkole. Duże problemy. I nie, nie chodzi tu o naukę, czy moje własne zachowanie – wręcz przeciwnie, jestem szkolnym kozłem ofiarnym, ale sytuacja z dnia na dzień poprawia się i nie słyszę wyzwisk co trzy sekundy :)

Mimo tego wszystkiego postaram się spiąć tyłek i naskrobać coś dla was!

Żeby już nie smęcić, przychodzę z statystykami!
Łącznie blog ma aż 3721 wyświetleń! Dziękuję wam bardzo!
66 komentarzy, z czego część jest moją odpowiedzią, a część waszą opinią na temat rozdziału.
Trzech obserwatorów! Nie wierzyłam, że zdobędę chociaż jednego!
27 postów, z czego szesnaście to ukończone rozdziały, jeden w poprawie, 7 one shotów, dwa ogłoszenia i moje przywitanie.

Teraz pytanie: kiedy pojawi się rozdział 18, a kiedy poprawię 17? NIE MAM POJĘCIA. Muszę poukładać sobie kilka rzeczy w głowie, przemyśleć to i przede wszystkim – wytłumaczyć to, co robiłam w poprzednich rozdziałach, a działo się tam sporo.
Ale dodam coś na pocieszenie! Będzie one shot Gruvi (Gray x Juvia, jakby ktoś nie wiedział, gdyż zdarzają się tacy)! Mam na niego pomysł i już mam coś napisane, więc wyczekujcie go!

Luna Dragneel

*Nie, to nie jest moje zdjęcie. Zwykłe, znalezione w google. 

środa, 5 kwietnia 2017

OGŁOSZENIA PARAFIALNE #2 + 100%

Witajcie moi drodzy! Przybywam nie z rozdziałem, lecz z informacją.



Otóż, jakiś czas temu postanowiłam napisać czterdzieste któreś opowiadanie, do którego wgląd będę miała tylko ja, tak żeby poćwiczyć. Po napisaniu strony, czy dwóch, zauważyłam sporą różnicę, po między tym co wstawiam na bloga, a tym, co piszę dla ćwiczeń. Stwierdziłam jedno: rozdziały nie są pisane na 100%, bardziej na "odwal się ". Niestety, taka prawda, nie daje z siebie całej swojej mocy, nawet nie chodzi o to, że nie mam weny, czasu, czy mi się to znudziło. Po prostu nie skupiam się na emocjach, ładnych opisach, byle jak przechodzę do następnej akcji, byleby przejść. Więc postanowiłam, że będę wstawiać posty rzadziej, ale powinny być lepsze, a czy takowe będą, to oceńcie sami. Mam jeszcze jedną uwagę co do rozdziału 17 - kompletnie go zchrzaniłam. Popełniłam kilka błędów, które mijają się z fabułą Fairy Tail w pierwszych dwóch seriach, a to właśnie o nie opieram swoje opowiadanie, oraz o niektóre wątki z mangi. Nie usunę go, ale obejrzę calutkie FT od początku, poprawię i super. Nim to zrobię, wstawiony będzie tylko napis : "POPRAWA", bo za cenny jest dla mnie ten jeden komentarz, oraz te paredziesiąt wyświetleń.

Przepraszam


sobota, 1 kwietnia 2017

Rozdział 17 " Mąż, czy nie mąż?"

"Więc trafiłam do nieba" pomyślałam i również się uśmiechnęłam, tylko tym razem szczerze.
- Kocham cię Natsu - dotknęłam jego policzka, zalewając się łzami. Ten wydawał mi się nie dość, że zdezorientowany, to jeszcze wyglądał zupełnie inaczej, niż gdy umierał. Blizna z twarzy i brzucha zniknęła, włosy były dłuższe. Wyglądał też na starszego, ale nie byłam pewna.
- Co tak nagle wyskoczyłaś z tym wyznaniem? - zaśmiał się cicho i pomógł mi usiąść do pionu. Dziwne było to niebo, przypominało bardziej sypialnie. Spojrzałam jeszcze raz na jego twarz, powtórnie ją analizując, a po chwili dotknęłam własnego lica, a po chwili moja dłoń powędrowała na brzuch.
- Wypukły – wyszeptałam, po czym odpowiedziałam Dragneelowi - A nie mogę powiedzieć czasem tego mojemu mężowi?
Ten zamrugał ze zdziwienia i podrapał się zdezorientowany po głowie, swoją miną pokazując mi, że nie bardzo rozumie o co mi chodzi.
- Luce, my mamy wziąć ślub jak urodzisz – otworzyłam szeroko oczy i jeszcze raz zbadałam swoje ciało rękoma, po chwili chwyciłam włosy, przyglądając się im. Nic z tego nie rozumiałam! W moim umyśle panował chaos, nad którym nie umiałam zapanować.
- Jest gdzieś tutaj Mira i Lisanna? - spytałam się Natsu, który kiwnął głową i wyszedł z pomieszczenia w którym przebywałam. „Jeśli on je przyprowadzi, to chyba będę musiała iść się leczyć” westchnęłam, zaczynając powoli rozumieć, co się stało.
- Lucy nareszcie się obudziłaś! Spałaś całe trzy dni, Natsu nam tu prawie zwariował że strachu! - oprócz Strauss do pokoju weszła Erza, w jednej ręce trzymając szklankę wody – Zemdlałaś, nie mogliśmy się wybudzić. Trzymaj, na pewno chce ci się pić.
Wyglądała na zestresowaną, tak samo jak białowłose siostry.
- Trzy dni, mówisz? - wymamrotałam pod nosem, upijając łyk płynu, który przyjemnie nawilżył usta. Gdy skończyłam, odstawiłam naczynie i złapałam Salamandra za szalik, z zamiarem zadaniu mu kilku pytań. Miałam przeogromną nadzieję, że odpowie na nie tak jak oczekiwałam.
- Ile mam lat?! - uniósł do góry jedną brew, by po chwili wahania odpowiedzieć.
- Dziewiętnaście.
- W którym miesiącu ciąży jestem?!
- Trzecim.
- Kto cię wychował?!
- Igneel. Nie jesteś czasem chora? Zadajesz coraz dziwniejsze pytania - odsunął się ode mnie.
Zarumieniłam się i postanowiłam zadać jeszcze jedno pytanie, chcąc upewnić się, że mam rację.
- Z kim straciłam dziewictwo?
Czerwona twarz Natsu mówiła sama za siebie, tak samo jak wzrok załamanej młodszej białowłosej.
I byłam już pewna: to wszystko mi się śniło! Tak, kolejny dziwny sen, w którym umieram ja, moje dziecko i moja rodzina. Przypomniałam sobie sen, w którym zachowywałam się jak psychopatka, zabijając po kolei moich przyjaciół. Wtedy czułam zazdrość, w tym śnie – bezradność, widząc umierającego na moich oczach ukochanego.
- Lucy, czy wszystko w porządku? Polecieć z Happym po lekarza? - narzeczony usiadł obok mnie na łóżku i zaczął mierzyć mnie wzrokiem.
- Nic mi nie jest, to najwidoczniej było osłabienie – uśmiechnęłam się słabo, po czym dopiłam wodę przyniesioną przez Scarlet – I śniło mi się coś dziwnego, więc chciałam upewnić się, że już się obudziłam.
- A co takiego ci się mogło śnić, że spałaś całe trzy dni? - syknął mężczyzna, wpatrując mi się w oczy
Widać było doskonale, ile stresu najadł się przez zaledwie trzy doby i jak bardzo się bał o życie moje i dziecka. Pogłaskałam mój brzuch z czułością, jednocześnie odpowiadając mu:
- Że zostałam zgwałcona, że jestem psychiczna, że spotkałam moją mamę – wymieniłam kilka rzeczy, a on natychmiast zbladł, tak samo jak dziewczyny – Nie chcę tego rozpamiętywać, tylko cieszyć się z tego co jest. Noszę pod sercem owoc naszej miłości, oraz jesteśmy na dobrej drodze do przywrócenia Fairy Tail, więc może nie myślmy o moich snach, tylko o miłych rzeczach, dobrze?
Szkarłatnowłosa przyznała mi rację, a Natsu trzepnęła w głowę, mówiąc mu, żeby mnie nie winił, oraz dając dwudziestominutowy wykład o tym, że jako przyszły ojciec musi zacząć rozumieć kobiety, oraz zmienić trochę swoje zachowanie, przez co jej przemowa zeszła w końcu na tory pod tytułem „Mam być chrzestną i nie słyszę sprzeciwu!”
Po skończeniu jej monologu, wygoniła wszystkich z pokoju, a ja wyciągnęłam z torby list od mamy. Znałam go na pamięć, ale wciąż nie rozumiałam. I jeszcze klucz Aquarius... wciąż wisiał na łańcuszku, ale klucz to nie to samo co przyjaciółka. Zaczęłam po raz setny odczytywać staranne pismo mamy. Po kilku minutach całkowitej ciszy, usłyszałam głos Natsu.
- Więc to przede mną ukrywałaś cały ten czas? Oj głupia Luce - przysiadł na moim łóżku i wziął z moich rąk papier.
- Zostaw Natsu!
- Chce ci pomóc...
- NIE! postanowiłam sama rozwiązać tą zagadkę, więc to zrobię! - krzyknęłam na niego, w głowie zaczęło mi się kręcić, serce przyspieszyło swoją pracę, a ręce zaczęły drżeć.
- Luce musisz się uspokoić, a jak nie chcesz zrobić tego dla mnie, to zrób to dla dziecka! Nie możesz się denerwować! - ujął moje dłonie i zaczął delikatnie je głaskać, ich drżenie ustało.
- Dziękuję - szepnęłam. Wszystko się uspokoiło.
- Mam wrażenie Natsu, że treść tego listu powiązana z tymi dwoma dziwnymi snami - skróciłam mu drugi koszmar. Mój mózg zaczął pracować na najwyższych obrotach, ale i tak nic nie wymyślił. Myliłam się, to nie miało żadnego powiązania ze sobą! „ Spokojnie Lucy, wszytko będzie dobrze, musisz się uspokoić, pod sercem nosisz dziecko, nie możesz być nerwowa " uspakajałam się w myślach. "Przybyli do naszych czasów, ponieważ czterysta lat temu było za mało ethernano by ich rodzice mogli użyć tego zaklęcia. A po co? By zlikwidować ..." no właśnie kogo? Maga? Smoka? Radę Magiczną? Na myśl nasunęła mi się jedna myśl : E.N.D. Nie znana tożsamość, nie znany wygląd, nic o nim nie wiadomo, oprócz tego, że był najsilniejszym z demonów Zerefa. A kim on jest? No tak, czarnym magiem, twórcą demonów, jednym słowem – naszym wrogiem. Podczas egzaminu na maga klasy S, mroczna gildia przybyła po niego. Tylko na cholerę im on był? I to przez niego Jellal oszalał!
- Natsu, pamiętasz może jak spotkałeś Zerefa?
- A kiedy?
- Na wyspie Tenrou.
- Jasne, że pamiętam! Przez tego skurwysyna mój szalik zrobił się czarny!
- A kiedy jeszcze go widziałeś? - po walce z Tartarosem, był wyjątkowo milczący przez pierwsze dwa dni. Mówił, że zawiódł swojego ojca, nie wypełnił zlecenia, a z tego co mówił mi Gray, Igneel poprosił go, żeby zabrał Mard Geerowi księgę E.N.D., lecz wtedy pojawił się Czarny Mag, zabierając ją ze sobą. Gdy już zaczynałam myśleć, czy to nie czasem jego mieli unicestwić podróżnicy w czasie (jak nazwałam tajemnicze osoby z listu), znowu usłyszałam głos Natsu.
- Podczas walki z demonami. Oprócz tego, co powiedziała ci Lodówka, spotkałem go jeszcze raz. Mam wrażenie, że przyczepił się do mnie! Było to po uratowaniu Lisanny. Pamiętam z tego tylko tyle, że czas jakby zatrzymał się. Próbowałem przeciąć go mieczem, ale on go zniszczył, po czym mówił coś o bibliotece Tartarosa – moje oczy otworzyły się szeroko, a źrenice skurczyły. On miał rację! Tylko on z Fairy Tail był i rozmawiał z Zerefem na osobności. Przeżył też wybuch mrocznej energii, która pozabijała całe życie wokół niego. Złapałam się za skronie i zaczęłam myśleć. W sumie… to miało sens…
- Masz rację – szepnęłam cicho – Faktycznie się do ciebie przyczepił.
Tylko co miało to wspólnego z porypanymi snami? Wciąż nie miałam bladego pojęcia, ale czułam, że ma to jakieś drobne powiązanie. Śmierć w obydwu snach – śmierć towarzysząca każdemu kroku Zerefa, za każdym razem gdy się pojawiał, ściągał na nas nieszczęście.


***
Po zapłaceniu za hotel w którym przez ostatnie trzy dni mieszkali moi przyjaciele, kroki skierowaliśmy do gildii Lamia Scale, mając nadzieję, że tam od Lyona dowiemy się czegoś o Grayu Fullbasterze, albo chociaż nam pomogą, w końcu jest to zaprzyjaźniona z nami gildia. Tam powitano nas z otwartymi ramionami, zapraszając na występy młodych wokalistek. Toby oczywiście głośno krzyczał podekscytowany, że będziemy w szoku talentem dziewczynek, a jego koledzy kazali mu się uciszyć. W końcu usiedliśmy na krzesłach dla widowni, w drugim rzędzie. Na scenę weszły dwa anioły, a w każdym bądź razie tym wydawały się dwie młode maginie na pierwszy rzut oka.