sobota, 3 marca 2018

Rozdział 1 "Kretyn, rzucający wyzwania"


Wyłączyłam budzik, po czym przeciągnęłam się niczym kot, ziewając głośno.
- Otwórz się, bramo pieska! - w moją twarz powiał ciepły wiatr, a następnie ze złotego pyłu wyłonił się biały stworek, z noskiem z rożka od lodów – Chodź Plue, idziemy się wykąpać.
Od zamknięcia Fairy Tail minął jakiś rok. Potrzebowałam dobre trzy miesiące, by sobie w głowie wszystko poukładać – inaczej, oszalałabym. Wylałam wtedy hektolitry łez, starałam się wznowić kontakt z moimi przyjaciółmi – żaden list nie doszedł, wszyscy zmienili miejsce zamieszkania. Pogodzili się z tym, zabrali walizki i wstąpili do nowych gildii, lub zaczęli pracę jako zwykły, szary człowiek. W sumie takie było życie maga: wędrujesz od jednego cechu, do drugiego. Ale Fairy Tail było inne; miało swoją duszę, wszyscy się tam przyjaźnili, byliśmy jedną, wielką rodziną. O Fairy Tail nie można było tylko powiedzieć „Gildia z wyjątkowo silnymi magami”. Żadne słowa nie oddadzą piękna relacji, jakie łączyły członków.
Po trzech miesiącach, ja również wyprowadziłam się z Magnolii i zamieszkałam w stolicy Fiore. Tam mogłam ponownie spełniać swoje marzenia – pisać. Aż mi się przypomniało moje stare marzenie… „Chcę wstąpić do Fairy Tail!”…
- Lucy! Ogarnij się! - nie chciałam już dłużej rozmyślać nad smutkami! Klepnęłam się w policzki, po czym wyszłam z wanny. Szykował się kolejny dzień pełen roboty!
~*~
Damus Flau wypełnione było po brzegi widownią oraz magami, duszność niemalże zwalała ludzi z nóg. Mój pracodawca – wiecznie podekscytowany Jason – już smarował ołówkiem w notatniku, opisując pewnie przebieg Igrzysk Magicznych. Ja również wyciągnęłam wszelkie potrzebne przybory, z dumą poprawiłam plakietkę z napisem „Lucy Heartafilia, dziennikarz”, po czym zaczęłam wsłuchiwać się w dyskusję sędziów, na temat tegorocznych Igrzysk.
- A więc w pierwszej walce zobaczymy maga ,który w tegorocznych zawodach zaprezentował przytłaczającą siłę! Przed państwem Chrisack z Dullahan Head! Jego przeciwnikiem jest Berrick z Dwarf Gear! Walka zapowiada się niezwykle ekscytująco! - Chapati zbliżył się do mikrofonu, natomiast ja zmrużyłam oczy, by lepiej widzieć wchodzących na arenę magów. To samo zrobił pan Yajima, będący gościem specjalnym, Jason, oraz dziennikarze z konkurencyjnych czasopism.
Przez chwilę bacznie obserwowałam walkę, notując najważniejsze ciosy, jednak po jakimś czasie znudziło mi się patrzenie na odwalające fuszerkę pierdoły, więc przeniosłam wzrok na Jasona. Nie chciało mi się przekrzykiwać jego „Cool, cool, cool!”, więc po prostu czekałam, aż zauważy moje znudzenie i chęć rozmowy.
Wiedziałam co myśli, mimo swoich okrzyków. Czułam ten wzrok na sobie, na mojej dłoni, na różowym znaku. Zawstydzona schowałam ją za spódniczkę i zaczęłam mamrotać coś o marnym sposobie walki, jednego z uczestników Igrzysk. Mamrotałam i mamrotałam, ale Jason tylko uśmiechnął się pocieszająco.
- Bez Fairy Tail to nie to samo, prawda, Lucy? - skreślił coś na kartce – Zresztą… to samo tyczy się Sabertooth, Lami Scale i Marmaid Heel.
- A Blue Pegasus?
- Pan Ichyia akurat jest ciekawszym tematem na inne reportaże, niekoniecznie o Igrzyskach Magicznych. Właśnie, dowiedziałaś się czegoś nowego?
- W sensie?
- O twoich przyjaciołach z gildii. Podobno o kilku z nich słuch zaginął, a ty wciąż wypytujesz się o nich w redakcji. Natsu Dragneel, Erza Scarlet, Makarov Dreyar, Gray Fullbaster. Silni magowie, którzy zniknęli, zaraz po rozwiązaniu najsilniejszej magicznej gildii we Fiore, chociaż dla mnie, osobiście, jest to prawdopodobnie jedna z najsilniejszych gildii na kontynencie.
Odwróciłam wzrok, czując zawroty głowy oraz mdłości. Moje oczy wypełniły łzy.
- Jeśli czegoś pan się dowie, niech mi pan powie, dobrze? Ja wrócę do domu, źle się czuję. Jutro zostanę po Igrzyskach i zrobię wywiad ze zwycięzcami, dobrze?
- Oj Lucy, Lucy, utrapienie nasze piękne – mężczyzna westchnął i kciukiem wskazał wyjście z widowni – Do jutra!
~*~
- Natsu – dotknęłam obrazu, namalowanego przez Reedusa – Wróć.
- Puuun~- biały stworek przytulił się do mojej nogi, chcąc mi dodać otuchy.
- Też za nimi tęsknisz? - kucnęłam obok niego – Za tym ich bajzlem? Krzykami? Tańcami po kilku głębszych?
Niektórzy znajomi z redakcji mówili, żebym odpuściła, że to nie jest warte moich nerwów, czasu i młodości. W końcu mogłam mieć nowych przyjaciół, a starych zostawić we wspomnieniach. Ale ja nie umiałam! Coś – niczym niewidoczny byt, czy mała wróżka, siedząca na moim ramieniu – mówiło, żebym się nie poddawała; nie mogłam skończyć tego rozdziału w moim życiu, tak, jak zrobiłam to kiedyś. Czułam, że to nie byłaby słuszna decyzja. A nawet jeśli to miało być zakończenie jednego rozdziału, to koniec był dopiero prologiem moich kolejnych przygód, rozdziałów, tomów o życiu blond magini z magią kluczy. A w nich głównymi postaciami mieli być ci, których kocham.
Gdy moja mama umarła, postawiłam kropkę na końcu pierwszego zdania.
Gdy uciekłam z domu w wieku szesnastu lat, był to już rozdział drugi.
Trzeci zaczął się moim spotkaniem z Natsu, a skończył, gdy napadło na nas Phantom Lord.
Kolejne rozdziały miały rozmazane granice, można było z nich ułożyć jeden wielki, czasami zakreślając przełomowe zwroty akcji. W sumie, wygodnie jest porównywać życie do książki. Na pewno lepsze to, niż porównywać go do papieru toaletowego.
~*~
- W tegorocznym finale wystąpią Dullahan Head przeciwko Scarmiligone! - znów dało się słyszeć magicznie wzmocniony głos Chapatiego.
Ja nuciłam sobie cicho melodyjkę usłyszaną na rynku, jednocześnie wyjmując notatnik.
- Cool! Coooooool!
Oparłam się o balustradę i zaczęłam analizować ruchy oraz zaklęcia, których gradem obrzucali się magowie. Z tyłu głowy kodowałam sobie techniki, których mogłabym używać podczas walk, zastanawiałam się nad możliwościami moich gwiezdnych duchów.
- Co za niesamowity ruuuch! Scarmiglione zwyciężyło! - sędzia zdzierał sobie gardło, a pracodawca zaczął mną potrząsać, żebym wszystko zapisała.
- Lucy, więcej zapału! Igrzyska Magiczne są cool!
- Już, już! - uśmiechnęłam się – Tylko pójdę po wodę!
Przerzuciłam torebkę przez ramię i już chciałam marszem ruszyć ku bufetowi, gdy po arenie rozległ się krzyk, a po widowni szmery. Zatrzymałam się w pół kroku i wróciłam do balustrady.
- Co się dzieje? - spytałam Jasona.
- Ktoś wtargnął na arenę – odparł, tracąc nieco swego zapału. Wychyliłam się za barierkę i starałam się dostrzec szczegóły tajemniczej postaci. Człowiek ten, ubrany w podarty płaszcz i stukoczące sandały, szedł wolno, nie zdradzając żadnej obawy przed skutkami przerwania tak ważnych zawodów.
Uderzyła we mnie nieprawdopodobna ilość energii magicznej, gdy uniósł rękę i wypowiedział jakieś zaklęcie. Mimowolnie zadrżałam, a po chwili moje nogi skamieniały ze strachu. Czułam złowrogą moc, przeplataną ze znaną mi energią, oraz inną, przytłaczającą – kompletnie nie pasującą do ludzkiego ciała.
- Jason, uciekajmy – zwróciłam się w kierunku blondyna.
- Dlaczego?
- Nie czujesz tej mocy? Nie paraliżuje cię?
- Czuję ją. Czuję, mimo że nie jestem magiem i nie mam takich zdolności.
- Nieważne, po prostu uciekaj – zmarszczyłam brwi, po czym odpięłam z paska klucz Byka. Już miałam wypowiedzieć zaklęcie, gdy z samego środka areny buchnął płomień.
Przywódca zwycięskiej gildii spojrzał krzywo na przybysza.
- Czego chcesz?! Kim jesteś?!
- Ja? Jestem pretendentem, który rzuca wam wyzwanie! - podpalił wszystko dookoła, po czym ruszył na mistrza cechu. Ten nie zdążył nawet zauważyć twarzy przeciwnika, ponieważ oberwał z płonącej pięści. W powietrzu uniósł się smród spalonej skóry i włosów, a biedna, zwycięska gildia zwiewała gdzie pieprz rośnie, piszcząc, gdy płomienie lizały ich ubrania.
No i już wiedziałam.
- Hejka, Lucy! - odwróciłam się gwałtownie, po czym złapałam w objęcia niebieskiego futrzaka.
- Lucy, dusisz~
- Też się za tobą stęskniłam Happy – mimo jego jęków, przytuliłam go mocniej – Mogę wiedzieć, czemu nasz Natsu wlazł tak beztrosko na stadion i zrobił z niego piekarnik?
- To był jego pomysł! Ja nic mu nie mówiłem! On chciał zawalczyć ze zwycięską gildią! Myślał, że będzie walczył z Laxusem, czy Gildartsem, a nie jakimiś amatorami.
Powstrzymałam się od kilku uwag, cisnących się na usta i po prostu zaczęłam iść w stronę wyjścia. Nawet nie zorientowałam się, gdy chód zamienił się w bieg, a zażenowanie i zdziwienie na twarzy w ogromny, ale to przeogromny uśmiech.
- Naaatsu! - krzyknęłam, gdy wbiegłam na arenę. Nikogo, oprócz nas, już tam nie było.
Chłopak odwrócił się w moją stronę, a jego zapał walki nieco się ostudził. Uśmiechnął się szczerze (I pięknie jak to on, dop. autora i Lucy ;)), by po chwili pstryknąć palcami. Ogień jak na zawołanie zebrał się w jednym miejscu, tuż nad głową Dragneela, by po chwili wygasnąć.
- Siema, Lucy!
Kiwając się na boki, podeszłam bliżej, otarłam łzy i przytuliłam nagą klatkę piersiową przyjaciela. W gardle uwięzło mi tyle słów, tyle pytań! „Gdzie byłeś?! Co robiłeś?! Dlaczego mnie zostawiłeś?!”
Jednak, udało mi się powiedzieć tylko dwa słowa:
- Wróciłeś, kretynie.

-_-_-_-_-_-_-_-_-_-_-
-_-_-_-_-_-
I jak wam się podoba nowa odsłona pierwszego rozdziału? Mam wrażenie, że przez chwilkę Lucy była taką dziewczynką z deprechą, a bardzo nie chciałam, żeby na takową wyszła -__- 
Do następnego!
Luna Dragneel

piątek, 23 lutego 2018

Prolog


Koperta, którą trzymałam w dłoni, ewidentnie była od Natsu. Tylko on umiał tak brzydko pisać. Na samo wspomnienie jego okropnego pisma zaśmiałam się cicho, po czym nożykiem rozdarłam papier, by móc dostać się do listu. Wyjęłam go, rozłożyłam i zaczęłam czytać.
Nagle w całym pokoju rozległ się trzask. To z mojej dłoni wypadł kubek z herbatą. Napój rozlał się na wszystkie strony, ochlapał moje nogi, a ostry odłamek przeciął kawałek skóry. Ja jednak nie zwracałam na to uwagi.
- Natsu – wymamrotałam, po czym ruszyłam do wyjścia, nie zabierając nawet porządnym butów – wybiegłam z mieszkania w zwykłym klapkach, ze łzami w oczach. Wszystko mi się przez nie rozmazywało, ale uparcie parłam do przodu, krople przecierając ręką. W pewnym momencie zdjęłam po prostu obuwie, by przyspieszyć bieg.
Nie zdążyłam – nie było go już w Magnolii. Wyjechał, bez słowa pożegnania, zostawiając tylko list.
- Ty idioto – usiadłam na środku chodnika i zaczęłam cicho szlochać. Ludzie, którzy zdążyli wrócić do miasta, patrzyli się na mnie ze zdziwieniem, omijając mnie szerokim łukiem. Ktoś szeptał, że mnie pewnie chłopak rzucił, inny, że jestem pijana.
~*~
Mistrz stanął na kamieniu, w ręku trzymając sztandar ze znakiem Fairy Tail. Wszyscy czekali na jego przemowę; Makarov kazał nam się stawić przed ruinami budynku gildii. Każdy czekał na podnoszącą na duchu mowę, każdy chciał usłyszeć, coś, co pokrzepiłoby zranione walkami serce.
- Era Fairy Tail się skończyła. Rozwiązuję tą gildię. Żegnajcie – staruszek wyjął z kieszeni zapałki. Magowie byli tak zszokowani, że nie mogli ruszyć się z miejsca. Mira płakała, tak samo jak jej brat, bredząc przez łzy coś o męskości
Znak gildii został podpalony. Na moich oczach materiał pożerały płomienie, zjadając również moją ostatnią deskę ratunku, moją ostoję.
- Nie ma sensu się sprzeciwiać – wymamrotał na koniec mistrz i zszedł z kamienia. Poczułam krople na policzku, więc przytuliłam się do najbliżej stojącej mnie osoby – Graya. Juvia nic nie powiedziała, kiwnęła jedynie głową ze smutnym uśmiechem, po czym sama wtuliła się do ukochanego. Do naszego uścisku dołączyła Erza, potem Wendy z Carlą, później Levi. Każdy z nas ronił łzy, opłakując stratę domu.







~~~~~~~~~~~~~~~~
~~~~~~
Tak jak mówiłam, zaczynam od początku. Zapomnijcie o poprzedniej wersji, ok?
L.D.

Ekhem...

Wiem, że rozdziały pojawiają się rzadko. Wiem, że mają masę błędów, a motywy bohaterów nielogiczne. WIEM. Przepraszam za to, naprawdę, sama nie mogę patrzeć na swoje stare rozdziały. Pisałam je w momencie, kiedy byłam niedojrzałą, głupiutką dziewczynką, zagubioną w tym zje*anym świecie. Przez ostatnie dwa lata bardzo dojrzałam, dużo się nauczyłam i nabrałam wprawy. 
Przechodząc do sedna sprawy - zaczynam opowiadanie od początku. Fabuła zmieni się raczej minimalnie, ale na pewno relację Natsu i Lucy - naszych kochanych protagonistów - przedstawię nieco inaczej. Na pewno nie będzie jak wcześniej: pierwszy ( czy tam drugi) rozdział, raczej nie będzie opisywał wyznania miłości, to za wcześnie. 
Dziękuje wszystkim,  którzy mimo głupoty tego bloga, wytrzymali ze mną do tego czasu. Arigatōgozaimashita! :D

























Luna Dragneel

czwartek, 15 lutego 2018

One Shot "Romeo i... Wendy?!"


Na balkon weszła młoda kobieta. Pochwyciła swoją suknię, obróciła się w stronę stojącego na ziemi mężczyzny, po czym niemalże niezauważalnie uśmiechnęła się do widowni. Aktor uniósł ku niej oczy, po czym skończył przerwaną kwestię:
- Lecz cicho! Co za blask strzelił tam z okna!
Ona jest wschodem, a Julia jest słońcem!
Wznijdź cudne słońce, zgładź zazdrosną lunę,
Która aż zbladła z gniewu, że ty jesteś
Od niej piękniejszą; ukarz ją zaćmieniem
Za tę jej zazdrość; zetrzyj ją do reszty!
To moja pani, to moja kochanka!
O! gdyby mogła wiedzieć, czem jest dla mnie!
Przemawia, chociaż nic nie mówi; cóż stąd?
Jej oczy mówią, oczom więc odpowiem.
Za śmiały jestem; mówią, lecz nie do mnie.
Ptaki ocknęłyby się i śpiewały,
Myśląc, że to już nie noc, lecz dzień biały.
Patrz, jak na dłoni smutnie wsparła liczko!
O! gdybym mógł być tylko rękawiczką,
Co tę dłoń kryje!
- Ach! - kobieta teatralnie złapała się za pierś. Wendy ścisnęła oparcie fotela, czując emocje, które podjudzała muzyka grana przez orkiestrę pod sceną.
- Cicho! coś mówi.
O! mów, mów dalej, uroczy aniele;
Bo ty mi w noc tę tak wspaniale świecisz,
Dwie najjaśniejsze, najpiękniejsze gwiazdy
Z całego nieba, gdzieindziej zajęte,
Prosiły oczu jej, aby zastępczo
Stały w ich sferach, dopóki nie wrócą.
Lecz choćby oczy jej były na niebie,
A owe gwiazdy w oprawie jej oczu:
Blask jej oblicza zawstydziłby gwiazdy,
Jak zorza lampę; gdyby zaś jej oczy
Wśród eterycznej zabłysły przezroczy,
Jak lotny goniec niebios rozwartemu
Od podziwienia oku śmiertelników,
Które się wlepia w niego, aby patrzeć,
Jak on po ciężkich chmurach się przesuwa
I po powietrznej żegluje przestrzeni.

Lucy miała łzy w oczach, a Erza oglądała przedstawienie z rumianymi policzkami. Aktorstwo było na wybitnym poziomie, czuła się, jakby ona stała na balkonie i to o niej mówił piękny Romeo.
- Romeo! czemuż ty jesteś Romeo!
Wyrzecz się swego rodu, rzuć tę nazwę!
Lub, jeśli tego nie możesz uczynić,
To przysiąż wiernym być mojej miłości,
A ja przestanę być z krwi Kapuletów.

Siedzący obok niej przyjaciel, mruknął coś niewyraźnie, po czym odwrócił się w stronę dziewczyny. Odchrząknął, zarzucił swój szal i wyprzedzając aktora, powiedział jego kwestię.
- Mamże przemówić czy też słuchać dalej?
Wendy nie rozumiała, co Romeo ma zamiar zrobić, ale śmiejąc się cicho, powtarzała słowo w słowo za blond Julią.
- Nazwa twa tylko jest mi nieprzyjazną, boś ty w istocie nie Conbolt dla mnie. Jestże Conbolt choćby tylko ręką, ramieniem, twarzą, zgoła jakąkolwiek częścią człowieka? O! Weź inną nazwę! Czemże jest nazwa? To, co zowiem różą, pod inną nazwą równieby pachniało; Tak i Romeo, bez nazwy Romea przecieżby całą swą wartość zatrzymał. Romeo! porzuć tę nazwę, a w zamian Za to, co nawet cząstką ciebie nie jest, weź mię, ach, całą!

Oboje parsknęli śmiechem, przez co większość widowni spojrzała na nich z wyrzutem. Erza pokazała klingę swojego miecza, grożąc tym samym, co się stanie, jeśli jeszcze raz przerwą wzruszający spektakl.
Aktor – równie niezadowolony z przerwania sceny – poprawił swój strój i kontynuował.
- Biorę cię za słowo:
Zwij mię kochankiem, a krzyżmo chrztu tego
Sprawi, że odtąd nie będę Romeem.
- Ktoś ty jest, co się nocą osłaniając,
Podchodzisz moją samotność?
- To ja, Romeo – młody Romeo siedzący na widowni, szepnął w stronę Wendy. Nudziło go już przedstawienie, którego odsłonę oglądał po raz setny. Dziewczyna uśmiechnęła się, po czym położyła palec na ustach. Chłopak usłusznie przestał się odzywać, czasami tylko wchodził w słowo aktorowi.
~*~
- Szkoda, że ta miłość tak się skończyła – westchnęła Lucy, wychodząc z teatru.
- A jak się skończyła? - spytał Natsu, który spał, dopóki Erza go nie obudziła.
- Tak, jak zaraz skończy się nasz związek, jeżeli będziesz zasypiał na randkach idioto! - fuknęła blondynka, po czym wzięła go za rękę, ciągnąc w stronę cukierni. Scarlet cicho pomaszerowała za nimi, a Wendy i Romeo zostali sami.
W końcu.
Dziewczyna dziękowała w duchu Carli, która zgodziła się puścić ją samą do teatru, oraz trójce przyjaciół, która poszła razem z nią i Conboltem, dzięki czemu nie spaliła się ze wstydu, siedząc obok niego.
Romeo za to chciał niemalże na kolanach śpiewać pieśni o „braciszku Natsu”, który wziął go na ucznia i doradził, jak powinien pokazać Wendy, co czuje. A gdy dziewczyna Salamandra dowiedziała się, co planują, wtrąciła swoje trzy grosze, stwierdzając, że pójdzie z nimi. Przy okazji wyręczyła młodego maga w zapraszaniu nastolatki na spektakl.
Wstydził się trochę tego uczucia, bo jakby nie patrzeć, Marvell była od niego starsza i to całkiem sporo. A przynajmniej jej ciało, w końcu „spała” przez siedem lat na Tenroujima.
- Odprowadzić cię do domu? - spytał, tworząc przy okazji różowy płomień, by móc oświetlić drogę. Zapalone w centrum miasta latarnie wyglądały, jakby szyderczo śmiały się z jego małego światełka.
Smocza zabójczyni ukryła pąs pod długimi włosami, kiwając lekko głową. Ujęła jego dłoń i niespiesznie, obserwując spadające płatki śniegu, ruszyła w stronę wynajmowanego mieszkania.
- W przyszłym roku też spędzimy walentynki razem?
Zatrzymał się, czerwieniąc się coraz mocniej, co odczuł nawet płomień nad jego ręką – zmienił barwę na taką samą, jaka pokrywała jego policzki.
- Jasne, Julio – uśmiechnął się rozkosznie i przytulił ją, gasząc ogień.
- Romeo! - pisnęła Wendy, odruchowo się cofając. Była tuż przed drzwiami do Fairy Hills, czuła na sobie wzrok kociej przyjaciółki. Przeszywał ją na wylot, niczym miecz Erzy, bądź strzała Saggitariousa. Czekał ją poważny wykład, o przytulaniu chłopaków w wieku czternastu lat.


-_-_-_-_-_-_-_-
-_-_-_-_-
Ten, no, więc... miało być w Walentynki, ale jest w Dzień Singla XD
Pozdrowienia dla Safiry Star Dragon :*

czwartek, 1 lutego 2018

Jerza One Shot "Belserion, Scarlet, Ferdenander"

- Mamo, ja nie chcę tam iść – zapłakana dziewczynka ciągnęła swoją matkę. Kobieta spojrzała na dziecko, po czym prychnęła i poprawiła idealnie ułożone w warkocz włosy. Irene Belserion nigdy nie była okrutną osobą – kochała dzieci, urocze zwierzęta i ciasto. Wszystko się zmieniło, gdy jej mąż rozwiódł się z nią, z powodu Erzy. Tej małej, rudej smarkuli, która w dodatku straciła w wypadku oko.
Na początku kochała córkę. Gdy przypominała sobie, że nosi nowe życie w łonie, uśmiechała się delikatnie i oczekiwała na dzień w którym powie mężowi o dziecku. Jednak gdy on się dowiedział, wyszedł z domu. Po prostu, bez niczego, zabierając tylko telefon i płaszcz. Wrócił kilka dni później z papierami rozwodowymi. Wymuszał ich podpisanie, a Irene w obawie, że skrzywdzi płód, postawiła na nim swój podpis.
Wtedy jeszcze kochała córeczkę. Lecz później przyszedł czas porodu, który mocno odbił się na ciele matki. Straciła pracę, mąż wywalczył w sądzie dom. Z noworodkiem przeprowadziła się do małego mieszkania. Żyły w dość niskich warunkach, Irene biła córkę, a dziecko nawet nie wiedziało za co.
- Pójdziesz tam. To najtańsze przedszkole w okolicy.
- Ale tam jest strasznie!
- Nie rycz – zirytowana Belserion wepchnęła córkę przez drzwi. Wymieniła formalności z dość przerażającymi przedszkolankami i wyszła, zostawiając ją samą.
- Mamo~- Erza usiadła w kącie, z dala od wszystkich, równie przygnębionych rówieśników.
- Dzieci! - ryknęła kobieta, która miała zostać jej nowym opiekunem – To Erza! Przywitać się!
- Cześć Erza – odmruknęli wszyscy i wrócili do siedzenia po kątach, czy bawienia się zabawkami, na których czas pozostawił swój wyraźny ślad. Małej Belserion przyklejono do brzydkiej sukienki nalepkę „Przedszkole Rajska Wieża”.
Usiadła z powrotem pod ścianą, bawiąc się włosami. Nagle nad nią pochylił się niebieskowłosy chłopak. Na twarzy miał czerwony tatuaż i szeroki uśmiech.
- Jestem Jellal Ferdenandes – lekko oniemiała patrzyła na niego – A, tatuaż. Tata mi kazał zrobić, gdy był pijany.
- Pijany? - powtórzyła – Co to znaczy?
- Że zaczął dziwnie chodzić, mówić głupie rzeczy i krzyczeć. Nie przejmuj się, podoba mi się nawet ten tatuaż. Jesteś Erza, tak?
- Mhm.
- A jak masz na nazwisko?
- Nie lubię mojego nazwiska – burknęła dziewczynka. Chłopiec zamyślił się, po czym dotknął jej włosów. Usiadł obok niej, wziął za rączkę i podekscytowany poklepał po głowie.
- To będziesz się nazywała Scarlet! Od twoich włosów, są takie ładne!
- Erza Scarlet… ładnie brzmi… Ale chyba nie mogę sobie zmienić nazwiska, prawda?
- Możesz wziąć ze mną ślub. Wtedy zmienisz nazwisko na moje, jeśli ci się podoba!
- Podobają mi się oba od ciebie – zarumieniła się dziewczynka – Ale fajnie byłoby wziąć z tobą ślub, miły jesteś.
Wstali i podbiegli do grupki dzieci.
- Erza i ja bierzemy ślub – oświadczył Jellal.
- Nya? A jak? - dziewczynka z opaską z kocimi uszami spojrzała na niego zdziwiona.
- Damy sobie buzi!
Wszystkie dzieci usłyszały o ślubie nowej z liderem przedszkolaków i zbiegły się aby pomóc. Dziewczynki zaplotły Erzie warkocza, pożyczyły bransoletki i spinki, po czym zerwały kwiatki z doniczek i zaczęły obsypywać parkę płatkami. Przedszkolanki nic nie słyszały, nic nie widziały – postanowiły wyjść sobie na papieroska.

~*~



Blondynka kończyła makijaż na twarzy panny młodej, jej znajomy wziął do ręki szczotkę i zaczął rozczesywać czerwone pukle, a niziutka dziewczyna latała dookoła sukienki, założonej na manekina.
- Kto by pomyślał, że Erza wyjdzie za mąż szybciej ode mnie – zaśmiała się cicho białowłosa druhna, przygotowując wsuwki do włosów – No i mój braciszek też mnie przegonił… Nim się obejrzę, Lissana znajdzie sobie narzeczonego, a ja zostanę starą panną. Eh~
- Mira, daj spokój, nie jesteś jedyna – Lucy musiała przytrzymać głowę przyjaciółki, ponieważ ta chciała odwrócić się do Strauss.
- Erza, nie machaj głową, bo będziesz miała ślady od szminki na twarzy!
- Tak w sumie, to przecież Lucy jako pierwsza skończyła w ślubnej sukni.
- Erza, nie żartuję! I tak już wyjechałam trochę za linię! - Dragneel zrobiła się cała czerwona. Wszyscy znajomi wciąż się śmiali z jej małżeństwa, w końcu ona bardzo długo zarzekała się wszelkich uczuć do ówczesnego przyjaciela, a ten z kolei uchodził za kompletnie niedojrzałego.
~*~
- Duszno mi – Jellal opadł na fotel, ignorując leżące na nim ubrania – Wody!
- Przesadzasz – Znudzony przygotowaniami do ślubu jego przyjaciół, Natsu rzucił w stronę mężczyzny butelkę wody. Ten szybko odkręcił korek i wypił połowę jej zawartości. Otarł pot z czoła i spojrzał na kumpli. Gray już stał w połowie rozebrany, wzdychając ciężko, jakby właśnie kłócili się nad jakąś błahostką, a Fullbaster przyglądał się tej kłótni. Ale, to nie była pierdoła, o którą można byłoby wziąć za łby po paru piwach, tylko ŚLUB. Prawdziwy, z księdzem, w kościele, papierami i pełnoletnią panną młodą. Denerwował się, a ta dwójka totalnie tego nie rozumiała – w końcu jeden dopiero co wyznał miłość nieco dziwnej Juvii, a drugi miał już dziecko. Taaa, mają po dwadzieścia parę lat, więc po co sra po gaciach?
Nagle, do pokoju wdarła się Levi, opieprzyła go za siedzenie na garniturze, Natsu za zjedzenie części bufetu, przygotowanego dla gości, a Graya za striptiz.
- A teraz macie nie wychodzić, bo królewna Śnieżka właśnie schodzi po schodach, prosto do samochodu, a chce, żeby jej ukochany książę z bajki miał niespodziankę – zachichotała po czym trzasnęła drzwiami.
~*~
No i nadeszła ta chwila. Erza była tak zawstydzona, że ledwo odbąkiwała na zadawane pytania, a przysięgę małżeńską musiała trzy razy od początku mówić, bo albo mówiła za cicho, albo się myliła. Kiedy wcisnęła mu z całej siły na palec obrączkę, pisnął cicho, a jego przyjaciółka Meredy parsknęła śmiechem. W końcu wyszli z dusznego kościoła i wsiedli do zamówionego powozu, ciągniętego przez… niebieskiego konia. Z tyłu przybita była deska z napisem „Happy”, a na ławeczce w powozie leżały mięciutkie, białe poduszki.

- Erza Ferdenandes – szepnęła, wciąż rumieniąc się niczym pomidor. Niebieskowłosy uśmiechnął się i ucałował kobietę, wprawiając w pisk kilka nastolatek, które szły po chodniku wzdłuż jezdni. 

~~~~~~~~~~~~~
~~~~~~
Witam!
Jak wpadłam na pomysł na tego shota? NIE WIEM. Grunt, że napisałam go i jestem z siebie w miarę zadowolona :D
Nie wiem kiedy wstawię rozdział 20, bo wciąż się z nim męczę -,- Masakra.

Meme Time~!


L.D.

piątek, 29 grudnia 2017

One Shot "Fajerwerki"

Od słowa do słowa, od rumieńca do rumieńca… no i jakoś tak wyszło. Szkarłatnowłosa piękność szła obok ukrytego za maską młodzieńca, który czujnie przeczesywał teren w poszukiwaniu niebezpieczeństwa.
- Spokojnie Jellal – szepnęła Erza, łapiąc go za dłoń – Jesteśmy tu dla zabawy, nie musisz się denerwować.
Mimo swych słów, jak zawsze była gotowa do walki, mimo że miała na sobie jedynie yukatę zamiast zbroi, a na nogach zwykłe sandały i białe skarpetki. Wyglądała ślicznie i według jej przyjaciela z dzieciństwa, niesamowicie uroczo. Zaraz, zaraz, przyjaciela? Przecież szli na festyn jako para!
Scarlet wypuściła powietrze z ust, gdy sobie o tym przypomniała. Przypomniała sobie również wielogodzinne poszukiwania stroju na tą okazję, błaganie Lucy o pomoc Cancera, który ułożył jej włosy, oraz Natsu, który prawie posikał się ze śmiechu, kiedy usłyszał, że na sylwestrowy festyn idzie z Jellalem Fernandesem. A każdy w Fairy Tail wiedział, że na festyn zapraszało się nie przyjaciół, lecz swoje drugie połówki. Reszta po prostu chodziła po straganach i co najwyżej spotykała się w większych grupach, by obejrzeć puszczane przed parkiem fajerwerki.
Jellal stanął niespodziewanie, praktycznie tuż przed wejściem. Dziewczyna odwróciła się. Chciała coś powiedzieć, ale mag nakazał jej gestem milczenie, nim w ogóle otworzyła usta.
- Wybaczysz mi moje grzechy?
- Wybaczyłam ci już dawno. Chodźmy, bo zaraz zjawi się Natsu i zje wszystko ze straganów – zawstydzona pociągnęła go za rękaw granatowej yukaty. Wszyscy ludzie momentalnie spojrzeli się na ich dwójkę.
- Moje kłamstwa też?
- Tak – mimo padającego śniegu zrobiło jej się duszno, a na skroni zebrał się pot.
- W takim razie chcę dokończyć to, na co one mi nie pozwoliły – w jej sercu wrzało, poczuła dziwne motyle w żołądku. Nie była pewna, czy on również się tak zaczerwienił się jak ona, dopóki nie ściągnął szybko maski i nie złożył dosyć długiego pocałunku na jej wargach.
Erza Scarlet prawie padła na ziemię nieprzytomna.
***
Lucy była pewna swego, gdy Erza powiedziała z kim idzie na festyn. Gdy Juvia zaprosiła Graya i ten się zgodził, wciąż była pozytywnie nastawiona, a gdy Happy ubłagał Carlę, miała jeszcze nadzieję. Jednak gdy już szła do parku i zauważyła trzymającą się za rękę z Gajeelem przyjaciółkę, to sobie odpuściła i wróciła do domu. Zmyła makijaż, przebrała się w zwykłą spódniczkę i koszulkę, a włosy uwolniła od starannie ułożonego koka. Gdy stwierdziła, że wygląda dostatecznie beznadziejnie i nikt nie będzie próbował jej podrywać, ani zapraszać na ostatnią chwilę, wyszła z mieszkanka. Była mocno zawiedziona. Poprzedniego roku była chora, więc myślała, że Natsu przejrzy na oczy, dojrzeje i zaprosi ją na tegoroczną zabawę. Ale nieeee! On poszedł jako singiel, z Happym na głowie i żarciem pod pachą.
- Dlaczego ten debil nie zmądrzeje?! - kopnęła kamyk do wody. Wtem zahaczyła obcasem o wystający kamień i…
- Chlup!
wpadła do lodowatej wody rzeki, płynącej obok jej domu. Ona to ma dopiero szczęście.
W końcu dotarła na festyn, dwadzieścia minut przed północą: cała mokra, zawiedziona i wkurzona niczym Erza podczas okresu. Usiadła obok Natsu jedzącego szaszłyka. Nadęła policzki przyciągnęła kolana pod brodę. Chłopak na chwilę przestał interesować się jedzeniem, by móc ściągnąć z siebie kamizelkę i podać przyjaciółce.
- Co ty robiłaś? - zaśmiał się z pełną buzią. Lucy zaczerwieniła się i okryła się ubraniem Salamandra.
- A czemu nie założyłeś żadnej yukaty? - burknęła.
- Nie mam – odparł beztrosko i wcisnął jej szaszłyka do ust – Jeszcze ciepłe, może się ogrzejesz.
Parsknęła śmiechem. Jak ona mogła liczyć, że ten człowiek kiedykolwiek dojrzeje, spoważnieje?
Dragneel nie zwrócił na to uwagi. Nie przerywając przeżuwania, znowu zaczął gadać.
- A ty czemu nie założyłaś? Przecież kupowałaś, specjalnie kazałaś mi nosić torebkę i zakupy. I miałaś być wcześniej! Mieliśmy iść zrobić sobie zdjęcia, zjeść razem lody… A Happy zdążył usnąć! - Lucy oparła się o jego nagie ramię. No tak, przecież umówili się w trójkę, że pójdą razem na lody.
Umówili się? To Natsu powiedział, że musi koniecznie przyjść, bo chce mieć ze mną pamiątkowe zdjęcie! Zaplanował im całą trasę pomiędzy stoiskami z jedzeniem i zabawkami, żartował, że ubierze exceeda w yukatę!
Jaka ona była głupia. Przecież to kompletnie w stylu Natsu, żeby totalnie nieromantycznie zaprosić gdzieś dziewczynie, ubrać się w codzienne ubrania i żreć do upadłego.
- Jestem idiotką – wymamrotała.
- Wiem – Dragneel wstał z trawy i podał dziewczynie rękę – To co, idziemy na lody? Zdążymy raczej przed północą.
Zażenowana samą sobą, kiwnęła głową.
***
Tłum ludzi podziwiał wystrzeliwane w górę snopy światła. Pary trzymały się za ręce, a przyjaciele wypijali kolejny kieliszek szampana.
- Pięć! - Erza przytuliła się radosna do Jellala.
- Cztery! - Makarov wlał w siebie piwo.
- Trzy! - Levy szepnęła coś na ucho Gajeelowi, a ten spłonął rumieńcem.
- Dwa! - Happy otworzył oczy i zleciał z głowy Natsu, by wznieść się ponad korony drzew.
- Jeden! - ktoś uklęknął i wyjął pierścionek z kieszeni.
- Szczęśliwego Nowego Roku!




sobota, 23 grudnia 2017

Najlepszego!

Cześć wszystkim! Jak widać żyję i tworzę dalej ;)
Może niedługo uda mi się wrzucić kolejny rozdział. Nie wiem. Nie cierpię tej pustki, która we mnie tkwi, podczas siedzenia i gapienia się w monitor zamiast pisania. Ale niestety, czasu też mniej, bo zagrożenie z matematyki, bo poprawki z polskiego, bo sprawdzian z biologi.
Życie.


Dzisiaj jednak nie chciałam zanudzać moimi wypocinami. Dzisiaj chcę wam życzyć wszystkiego najlepszego! Uśmiechu, przyjaciół, zdrowia, szczęścia, pomyślności, wielu prezentów, weny twórczej i dobrych ocen z matmy!



Luna Dragneel :)