czwartek, 15 lutego 2018

One Shot "Romeo i... Wendy?!"


Na balkon weszła młoda kobieta. Pochwyciła swoją suknię, obróciła się w stronę stojącego na ziemi mężczyzny, po czym niemalże niezauważalnie uśmiechnęła się do widowni. Aktor uniósł ku niej oczy, po czym skończył przerwaną kwestię:
- Lecz cicho! Co za blask strzelił tam z okna!
Ona jest wschodem, a Julia jest słońcem!
Wznijdź cudne słońce, zgładź zazdrosną lunę,
Która aż zbladła z gniewu, że ty jesteś
Od niej piękniejszą; ukarz ją zaćmieniem
Za tę jej zazdrość; zetrzyj ją do reszty!
To moja pani, to moja kochanka!
O! gdyby mogła wiedzieć, czem jest dla mnie!
Przemawia, chociaż nic nie mówi; cóż stąd?
Jej oczy mówią, oczom więc odpowiem.
Za śmiały jestem; mówią, lecz nie do mnie.
Ptaki ocknęłyby się i śpiewały,
Myśląc, że to już nie noc, lecz dzień biały.
Patrz, jak na dłoni smutnie wsparła liczko!
O! gdybym mógł być tylko rękawiczką,
Co tę dłoń kryje!
- Ach! - kobieta teatralnie złapała się za pierś. Wendy ścisnęła oparcie fotela, czując emocje, które podjudzała muzyka grana przez orkiestrę pod sceną.
- Cicho! coś mówi.
O! mów, mów dalej, uroczy aniele;
Bo ty mi w noc tę tak wspaniale świecisz,
Dwie najjaśniejsze, najpiękniejsze gwiazdy
Z całego nieba, gdzieindziej zajęte,
Prosiły oczu jej, aby zastępczo
Stały w ich sferach, dopóki nie wrócą.
Lecz choćby oczy jej były na niebie,
A owe gwiazdy w oprawie jej oczu:
Blask jej oblicza zawstydziłby gwiazdy,
Jak zorza lampę; gdyby zaś jej oczy
Wśród eterycznej zabłysły przezroczy,
Jak lotny goniec niebios rozwartemu
Od podziwienia oku śmiertelników,
Które się wlepia w niego, aby patrzeć,
Jak on po ciężkich chmurach się przesuwa
I po powietrznej żegluje przestrzeni.

Lucy miała łzy w oczach, a Erza oglądała przedstawienie z rumianymi policzkami. Aktorstwo było na wybitnym poziomie, czuła się, jakby ona stała na balkonie i to o niej mówił piękny Romeo.
- Romeo! czemuż ty jesteś Romeo!
Wyrzecz się swego rodu, rzuć tę nazwę!
Lub, jeśli tego nie możesz uczynić,
To przysiąż wiernym być mojej miłości,
A ja przestanę być z krwi Kapuletów.

Siedzący obok niej przyjaciel, mruknął coś niewyraźnie, po czym odwrócił się w stronę dziewczyny. Odchrząknął, zarzucił swój szal i wyprzedzając aktora, powiedział jego kwestię.
- Mamże przemówić czy też słuchać dalej?
Wendy nie rozumiała, co Romeo ma zamiar zrobić, ale śmiejąc się cicho, powtarzała słowo w słowo za blond Julią.
- Nazwa twa tylko jest mi nieprzyjazną, boś ty w istocie nie Conbolt dla mnie. Jestże Conbolt choćby tylko ręką, ramieniem, twarzą, zgoła jakąkolwiek częścią człowieka? O! Weź inną nazwę! Czemże jest nazwa? To, co zowiem różą, pod inną nazwą równieby pachniało; Tak i Romeo, bez nazwy Romea przecieżby całą swą wartość zatrzymał. Romeo! porzuć tę nazwę, a w zamian Za to, co nawet cząstką ciebie nie jest, weź mię, ach, całą!

Oboje parsknęli śmiechem, przez co większość widowni spojrzała na nich z wyrzutem. Erza pokazała klingę swojego miecza, grożąc tym samym, co się stanie, jeśli jeszcze raz przerwą wzruszający spektakl.
Aktor – równie niezadowolony z przerwania sceny – poprawił swój strój i kontynuował.
- Biorę cię za słowo:
Zwij mię kochankiem, a krzyżmo chrztu tego
Sprawi, że odtąd nie będę Romeem.
- Ktoś ty jest, co się nocą osłaniając,
Podchodzisz moją samotność?
- To ja, Romeo – młody Romeo siedzący na widowni, szepnął w stronę Wendy. Nudziło go już przedstawienie, którego odsłonę oglądał po raz setny. Dziewczyna uśmiechnęła się, po czym położyła palec na ustach. Chłopak usłusznie przestał się odzywać, czasami tylko wchodził w słowo aktorowi.
~*~
- Szkoda, że ta miłość tak się skończyła – westchnęła Lucy, wychodząc z teatru.
- A jak się skończyła? - spytał Natsu, który spał, dopóki Erza go nie obudziła.
- Tak, jak zaraz skończy się nasz związek, jeżeli będziesz zasypiał na randkach idioto! - fuknęła blondynka, po czym wzięła go za rękę, ciągnąc w stronę cukierni. Scarlet cicho pomaszerowała za nimi, a Wendy i Romeo zostali sami.
W końcu.
Dziewczyna dziękowała w duchu Carli, która zgodziła się puścić ją samą do teatru, oraz trójce przyjaciół, która poszła razem z nią i Conboltem, dzięki czemu nie spaliła się ze wstydu, siedząc obok niego.
Romeo za to chciał niemalże na kolanach śpiewać pieśni o „braciszku Natsu”, który wziął go na ucznia i doradził, jak powinien pokazać Wendy, co czuje. A gdy dziewczyna Salamandra dowiedziała się, co planują, wtrąciła swoje trzy grosze, stwierdzając, że pójdzie z nimi. Przy okazji wyręczyła młodego maga w zapraszaniu nastolatki na spektakl.
Wstydził się trochę tego uczucia, bo jakby nie patrzeć, Marvell była od niego starsza i to całkiem sporo. A przynajmniej jej ciało, w końcu „spała” przez siedem lat na Tenroujima.
- Odprowadzić cię do domu? - spytał, tworząc przy okazji różowy płomień, by móc oświetlić drogę. Zapalone w centrum miasta latarnie wyglądały, jakby szyderczo śmiały się z jego małego światełka.
Smocza zabójczyni ukryła pąs pod długimi włosami, kiwając lekko głową. Ujęła jego dłoń i niespiesznie, obserwując spadające płatki śniegu, ruszyła w stronę wynajmowanego mieszkania.
- W przyszłym roku też spędzimy walentynki razem?
Zatrzymał się, czerwieniąc się coraz mocniej, co odczuł nawet płomień nad jego ręką – zmienił barwę na taką samą, jaka pokrywała jego policzki.
- Jasne, Julio – uśmiechnął się rozkosznie i przytulił ją, gasząc ogień.
- Romeo! - pisnęła Wendy, odruchowo się cofając. Była tuż przed drzwiami do Fairy Hills, czuła na sobie wzrok kociej przyjaciółki. Przeszywał ją na wylot, niczym miecz Erzy, bądź strzała Saggitariousa. Czekał ją poważny wykład, o przytulaniu chłopaków w wieku czternastu lat.


-_-_-_-_-_-_-_-
-_-_-_-_-
Ten, no, więc... miało być w Walentynki, ale jest w Dzień Singla XD
Pozdrowienia dla Safiry Star Dragon :*

czwartek, 1 lutego 2018

Jerza One Shot "Belserion, Scarlet, Ferdenander"

- Mamo, ja nie chcę tam iść – zapłakana dziewczynka ciągnęła swoją matkę. Kobieta spojrzała na dziecko, po czym prychnęła i poprawiła idealnie ułożone w warkocz włosy. Irene Belserion nigdy nie była okrutną osobą – kochała dzieci, urocze zwierzęta i ciasto. Wszystko się zmieniło, gdy jej mąż rozwiódł się z nią, z powodu Erzy. Tej małej, rudej smarkuli, która w dodatku straciła w wypadku oko.
Na początku kochała córkę. Gdy przypominała sobie, że nosi nowe życie w łonie, uśmiechała się delikatnie i oczekiwała na dzień w którym powie mężowi o dziecku. Jednak gdy on się dowiedział, wyszedł z domu. Po prostu, bez niczego, zabierając tylko telefon i płaszcz. Wrócił kilka dni później z papierami rozwodowymi. Wymuszał ich podpisanie, a Irene w obawie, że skrzywdzi płód, postawiła na nim swój podpis.
Wtedy jeszcze kochała córeczkę. Lecz później przyszedł czas porodu, który mocno odbił się na ciele matki. Straciła pracę, mąż wywalczył w sądzie dom. Z noworodkiem przeprowadziła się do małego mieszkania. Żyły w dość niskich warunkach, Irene biła córkę, a dziecko nawet nie wiedziało za co.
- Pójdziesz tam. To najtańsze przedszkole w okolicy.
- Ale tam jest strasznie!
- Nie rycz – zirytowana Belserion wepchnęła córkę przez drzwi. Wymieniła formalności z dość przerażającymi przedszkolankami i wyszła, zostawiając ją samą.
- Mamo~- Erza usiadła w kącie, z dala od wszystkich, równie przygnębionych rówieśników.
- Dzieci! - ryknęła kobieta, która miała zostać jej nowym opiekunem – To Erza! Przywitać się!
- Cześć Erza – odmruknęli wszyscy i wrócili do siedzenia po kątach, czy bawienia się zabawkami, na których czas pozostawił swój wyraźny ślad. Małej Belserion przyklejono do brzydkiej sukienki nalepkę „Przedszkole Rajska Wieża”.
Usiadła z powrotem pod ścianą, bawiąc się włosami. Nagle nad nią pochylił się niebieskowłosy chłopak. Na twarzy miał czerwony tatuaż i szeroki uśmiech.
- Jestem Jellal Ferdenandes – lekko oniemiała patrzyła na niego – A, tatuaż. Tata mi kazał zrobić, gdy był pijany.
- Pijany? - powtórzyła – Co to znaczy?
- Że zaczął dziwnie chodzić, mówić głupie rzeczy i krzyczeć. Nie przejmuj się, podoba mi się nawet ten tatuaż. Jesteś Erza, tak?
- Mhm.
- A jak masz na nazwisko?
- Nie lubię mojego nazwiska – burknęła dziewczynka. Chłopiec zamyślił się, po czym dotknął jej włosów. Usiadł obok niej, wziął za rączkę i podekscytowany poklepał po głowie.
- To będziesz się nazywała Scarlet! Od twoich włosów, są takie ładne!
- Erza Scarlet… ładnie brzmi… Ale chyba nie mogę sobie zmienić nazwiska, prawda?
- Możesz wziąć ze mną ślub. Wtedy zmienisz nazwisko na moje, jeśli ci się podoba!
- Podobają mi się oba od ciebie – zarumieniła się dziewczynka – Ale fajnie byłoby wziąć z tobą ślub, miły jesteś.
Wstali i podbiegli do grupki dzieci.
- Erza i ja bierzemy ślub – oświadczył Jellal.
- Nya? A jak? - dziewczynka z opaską z kocimi uszami spojrzała na niego zdziwiona.
- Damy sobie buzi!
Wszystkie dzieci usłyszały o ślubie nowej z liderem przedszkolaków i zbiegły się aby pomóc. Dziewczynki zaplotły Erzie warkocza, pożyczyły bransoletki i spinki, po czym zerwały kwiatki z doniczek i zaczęły obsypywać parkę płatkami. Przedszkolanki nic nie słyszały, nic nie widziały – postanowiły wyjść sobie na papieroska.

~*~



Blondynka kończyła makijaż na twarzy panny młodej, jej znajomy wziął do ręki szczotkę i zaczął rozczesywać czerwone pukle, a niziutka dziewczyna latała dookoła sukienki, założonej na manekina.
- Kto by pomyślał, że Erza wyjdzie za mąż szybciej ode mnie – zaśmiała się cicho białowłosa druhna, przygotowując wsuwki do włosów – No i mój braciszek też mnie przegonił… Nim się obejrzę, Lissana znajdzie sobie narzeczonego, a ja zostanę starą panną. Eh~
- Mira, daj spokój, nie jesteś jedyna – Lucy musiała przytrzymać głowę przyjaciółki, ponieważ ta chciała odwrócić się do Strauss.
- Erza, nie machaj głową, bo będziesz miała ślady od szminki na twarzy!
- Tak w sumie, to przecież Lucy jako pierwsza skończyła w ślubnej sukni.
- Erza, nie żartuję! I tak już wyjechałam trochę za linię! - Dragneel zrobiła się cała czerwona. Wszyscy znajomi wciąż się śmiali z jej małżeństwa, w końcu ona bardzo długo zarzekała się wszelkich uczuć do ówczesnego przyjaciela, a ten z kolei uchodził za kompletnie niedojrzałego.
~*~
- Duszno mi – Jellal opadł na fotel, ignorując leżące na nim ubrania – Wody!
- Przesadzasz – Znudzony przygotowaniami do ślubu jego przyjaciół, Natsu rzucił w stronę mężczyzny butelkę wody. Ten szybko odkręcił korek i wypił połowę jej zawartości. Otarł pot z czoła i spojrzał na kumpli. Gray już stał w połowie rozebrany, wzdychając ciężko, jakby właśnie kłócili się nad jakąś błahostką, a Fullbaster przyglądał się tej kłótni. Ale, to nie była pierdoła, o którą można byłoby wziąć za łby po paru piwach, tylko ŚLUB. Prawdziwy, z księdzem, w kościele, papierami i pełnoletnią panną młodą. Denerwował się, a ta dwójka totalnie tego nie rozumiała – w końcu jeden dopiero co wyznał miłość nieco dziwnej Juvii, a drugi miał już dziecko. Taaa, mają po dwadzieścia parę lat, więc po co sra po gaciach?
Nagle, do pokoju wdarła się Levi, opieprzyła go za siedzenie na garniturze, Natsu za zjedzenie części bufetu, przygotowanego dla gości, a Graya za striptiz.
- A teraz macie nie wychodzić, bo królewna Śnieżka właśnie schodzi po schodach, prosto do samochodu, a chce, żeby jej ukochany książę z bajki miał niespodziankę – zachichotała po czym trzasnęła drzwiami.
~*~
No i nadeszła ta chwila. Erza była tak zawstydzona, że ledwo odbąkiwała na zadawane pytania, a przysięgę małżeńską musiała trzy razy od początku mówić, bo albo mówiła za cicho, albo się myliła. Kiedy wcisnęła mu z całej siły na palec obrączkę, pisnął cicho, a jego przyjaciółka Meredy parsknęła śmiechem. W końcu wyszli z dusznego kościoła i wsiedli do zamówionego powozu, ciągniętego przez… niebieskiego konia. Z tyłu przybita była deska z napisem „Happy”, a na ławeczce w powozie leżały mięciutkie, białe poduszki.

- Erza Ferdenandes – szepnęła, wciąż rumieniąc się niczym pomidor. Niebieskowłosy uśmiechnął się i ucałował kobietę, wprawiając w pisk kilka nastolatek, które szły po chodniku wzdłuż jezdni. 

~~~~~~~~~~~~~
~~~~~~
Witam!
Jak wpadłam na pomysł na tego shota? NIE WIEM. Grunt, że napisałam go i jestem z siebie w miarę zadowolona :D
Nie wiem kiedy wstawię rozdział 20, bo wciąż się z nim męczę -,- Masakra.

Meme Time~!


L.D.

piątek, 29 grudnia 2017

One Shot "Fajerwerki"

Od słowa do słowa, od rumieńca do rumieńca… no i jakoś tak wyszło. Szkarłatnowłosa piękność szła obok ukrytego za maską młodzieńca, który czujnie przeczesywał teren w poszukiwaniu niebezpieczeństwa.
- Spokojnie Jellal – szepnęła Erza, łapiąc go za dłoń – Jesteśmy tu dla zabawy, nie musisz się denerwować.
Mimo swych słów, jak zawsze była gotowa do walki, mimo że miała na sobie jedynie yukatę zamiast zbroi, a na nogach zwykłe sandały i białe skarpetki. Wyglądała ślicznie i według jej przyjaciela z dzieciństwa, niesamowicie uroczo. Zaraz, zaraz, przyjaciela? Przecież szli na festyn jako para!
Scarlet wypuściła powietrze z ust, gdy sobie o tym przypomniała. Przypomniała sobie również wielogodzinne poszukiwania stroju na tą okazję, błaganie Lucy o pomoc Cancera, który ułożył jej włosy, oraz Natsu, który prawie posikał się ze śmiechu, kiedy usłyszał, że na sylwestrowy festyn idzie z Jellalem Fernandesem. A każdy w Fairy Tail wiedział, że na festyn zapraszało się nie przyjaciół, lecz swoje drugie połówki. Reszta po prostu chodziła po straganach i co najwyżej spotykała się w większych grupach, by obejrzeć puszczane przed parkiem fajerwerki.
Jellal stanął niespodziewanie, praktycznie tuż przed wejściem. Dziewczyna odwróciła się. Chciała coś powiedzieć, ale mag nakazał jej gestem milczenie, nim w ogóle otworzyła usta.
- Wybaczysz mi moje grzechy?
- Wybaczyłam ci już dawno. Chodźmy, bo zaraz zjawi się Natsu i zje wszystko ze straganów – zawstydzona pociągnęła go za rękaw granatowej yukaty. Wszyscy ludzie momentalnie spojrzeli się na ich dwójkę.
- Moje kłamstwa też?
- Tak – mimo padającego śniegu zrobiło jej się duszno, a na skroni zebrał się pot.
- W takim razie chcę dokończyć to, na co one mi nie pozwoliły – w jej sercu wrzało, poczuła dziwne motyle w żołądku. Nie była pewna, czy on również się tak zaczerwienił się jak ona, dopóki nie ściągnął szybko maski i nie złożył dosyć długiego pocałunku na jej wargach.
Erza Scarlet prawie padła na ziemię nieprzytomna.
***
Lucy była pewna swego, gdy Erza powiedziała z kim idzie na festyn. Gdy Juvia zaprosiła Graya i ten się zgodził, wciąż była pozytywnie nastawiona, a gdy Happy ubłagał Carlę, miała jeszcze nadzieję. Jednak gdy już szła do parku i zauważyła trzymającą się za rękę z Gajeelem przyjaciółkę, to sobie odpuściła i wróciła do domu. Zmyła makijaż, przebrała się w zwykłą spódniczkę i koszulkę, a włosy uwolniła od starannie ułożonego koka. Gdy stwierdziła, że wygląda dostatecznie beznadziejnie i nikt nie będzie próbował jej podrywać, ani zapraszać na ostatnią chwilę, wyszła z mieszkanka. Była mocno zawiedziona. Poprzedniego roku była chora, więc myślała, że Natsu przejrzy na oczy, dojrzeje i zaprosi ją na tegoroczną zabawę. Ale nieeee! On poszedł jako singiel, z Happym na głowie i żarciem pod pachą.
- Dlaczego ten debil nie zmądrzeje?! - kopnęła kamyk do wody. Wtem zahaczyła obcasem o wystający kamień i…
- Chlup!
wpadła do lodowatej wody rzeki, płynącej obok jej domu. Ona to ma dopiero szczęście.
W końcu dotarła na festyn, dwadzieścia minut przed północą: cała mokra, zawiedziona i wkurzona niczym Erza podczas okresu. Usiadła obok Natsu jedzącego szaszłyka. Nadęła policzki przyciągnęła kolana pod brodę. Chłopak na chwilę przestał interesować się jedzeniem, by móc ściągnąć z siebie kamizelkę i podać przyjaciółce.
- Co ty robiłaś? - zaśmiał się z pełną buzią. Lucy zaczerwieniła się i okryła się ubraniem Salamandra.
- A czemu nie założyłeś żadnej yukaty? - burknęła.
- Nie mam – odparł beztrosko i wcisnął jej szaszłyka do ust – Jeszcze ciepłe, może się ogrzejesz.
Parsknęła śmiechem. Jak ona mogła liczyć, że ten człowiek kiedykolwiek dojrzeje, spoważnieje?
Dragneel nie zwrócił na to uwagi. Nie przerywając przeżuwania, znowu zaczął gadać.
- A ty czemu nie założyłaś? Przecież kupowałaś, specjalnie kazałaś mi nosić torebkę i zakupy. I miałaś być wcześniej! Mieliśmy iść zrobić sobie zdjęcia, zjeść razem lody… A Happy zdążył usnąć! - Lucy oparła się o jego nagie ramię. No tak, przecież umówili się w trójkę, że pójdą razem na lody.
Umówili się? To Natsu powiedział, że musi koniecznie przyjść, bo chce mieć ze mną pamiątkowe zdjęcie! Zaplanował im całą trasę pomiędzy stoiskami z jedzeniem i zabawkami, żartował, że ubierze exceeda w yukatę!
Jaka ona była głupia. Przecież to kompletnie w stylu Natsu, żeby totalnie nieromantycznie zaprosić gdzieś dziewczynie, ubrać się w codzienne ubrania i żreć do upadłego.
- Jestem idiotką – wymamrotała.
- Wiem – Dragneel wstał z trawy i podał dziewczynie rękę – To co, idziemy na lody? Zdążymy raczej przed północą.
Zażenowana samą sobą, kiwnęła głową.
***
Tłum ludzi podziwiał wystrzeliwane w górę snopy światła. Pary trzymały się za ręce, a przyjaciele wypijali kolejny kieliszek szampana.
- Pięć! - Erza przytuliła się radosna do Jellala.
- Cztery! - Makarov wlał w siebie piwo.
- Trzy! - Levy szepnęła coś na ucho Gajeelowi, a ten spłonął rumieńcem.
- Dwa! - Happy otworzył oczy i zleciał z głowy Natsu, by wznieść się ponad korony drzew.
- Jeden! - ktoś uklęknął i wyjął pierścionek z kieszeni.
- Szczęśliwego Nowego Roku!




sobota, 23 grudnia 2017

Najlepszego!

Cześć wszystkim! Jak widać żyję i tworzę dalej ;)
Może niedługo uda mi się wrzucić kolejny rozdział. Nie wiem. Nie cierpię tej pustki, która we mnie tkwi, podczas siedzenia i gapienia się w monitor zamiast pisania. Ale niestety, czasu też mniej, bo zagrożenie z matematyki, bo poprawki z polskiego, bo sprawdzian z biologi.
Życie.


Dzisiaj jednak nie chciałam zanudzać moimi wypocinami. Dzisiaj chcę wam życzyć wszystkiego najlepszego! Uśmiechu, przyjaciół, zdrowia, szczęścia, pomyślności, wielu prezentów, weny twórczej i dobrych ocen z matmy!



Luna Dragneel :)
  

niedziela, 29 października 2017

Rozdział 19 "Lew nie opuszcza swego pana"

Mężczyzna objął moje ciało, głaszcząc moje blond włosy.
- Będę je chronił, nie ważne za jaką cenę – nie wiedziałam, co odpowiedzieć, po moich policzkach wciąż ściekały łzy, a z uda krew; w dłoni trzymałam zniszczony bicz.
~*jakiś czas wcześniej*~
- Duuupa blada! - mruknął Natsu – Przeszukałem z Happym całą wschodnią część. A wy coś znaleźliście?
Wendy pokręciła głową, tak samo jak pozostałe grupy poszukiwawcze.
- Trudno, idziemy dalej. Widocznie jest tutaj zła pogoda – popatrzyłam pobłażliwie na towarzyszy, lekko wzdychając. Mieliśmy nadzieję, że znajdziemy tu naszą przyjaciółkę, ale najwidoczniej plotki o wodnej magini, podtrzymującej deszcz w mieście, były tylko plotkami, nie ciągnącymi za sobą faktów.
- Jesteś pewna, Lucy? Mi się wydaje, że to dość dziwne – stwierdziła Lisanna – Ale skoro jej nie znaleźliśmy, to ruszajmy.
- Nie pytaliśmy się jeszcze mieszkańców!
- My się pytaliśmy – oświadczyła Mirajane.
- My też, ale nie widzieli nikogo takiego jak Juvia.
- U nas było dokładnie to samo.
Dragneel wypuszczając powietrze z ust, złapał nasz bagaż i rozejrzał się jeszcze raz po ulicy, jakby miał nadzieję, że jakaś znajoma twarz wyskoczy zza rogu. Ja również byłam zawiedziona, chciałam jak najszybciej znaleźć pozostałych magów z Fairy Tail – mój brzuch z dnia na dzień zaokrąglał się i powiększał, a moje mdłości i zachcianki rosły razem z nim.
Zaczęliśmy ponownie kroczyć drogą prowadzącą przez łąki, oraz sady, kolejny raz w tym samym dniu. Hargeon, ku któremu się kierowaliśmy, był kilkanaście mil od naszego miejsca pobytu, więc coraz częściej wykorzystywaliśmy oprócz sił naszych nóg, pociągi. Nie będę nawet poruszała tematu choroby lokomocyjnej smoczego zabójcy… w każdym bądź razie, po zachodzie słońca rozłożyliśmy namioty, przygotowaliśmy jedzenie oraz ognisko, by móc odstraszyć dzikie zwierzęta, kręcące się w lesie, obok którego rozbiliśmy nasze obozowisko.
- Idę coś upolować – stwierdziła Erza, wzięła miecz i ruszyła w gęstwinę drzew. Ja jedynie wzruszyłam ramionami, przyzwyczaiłam się do tego zdania z czyichś ust z naszej ekipy. Gorzej jednak było to, że zaraz po kobiecie wstało kilka osób, w końcu Natsu i Wendy, a Mirajane z Lissaną postanowiły znaleźć źródło wody.
W ten sposób zostałam kompletnie sama.
~*~
Ziewnęłam, otwierając szeroko usta. Moje oczy robiły się coraz cięższe, a myślami byłam już pod ciepłą kołdrą. Niestety nie mogłam się położyć, musiałam koniecznie pilnować ogniska by nie wygasło.
- Gdzie oni są? - jęknęłam, szczelniej okrywając się kocem i szalikiem Dragneela – Powinni już tu byyyć.
- Ja tu jestem! - Happy przypomniał mi o swojej obecności.
- To popilnuj ogniska, ja muszę koniecznie się położyć.
- Aye, sir – kot wypełznął dosłownie z namiotu, a ja do niego wlazłam, kładąc się na materacu. Nie było dane mi długo spać, gdyż nagle usłyszałam krzyk exceeda. Natychmiast zerwałam się z miejsca i podbiegłam do małego przyjaciela, przed którym stał mężczyzna z toporem. Odruchowo wyciągnęłam jeden z kluczy, jednak gdy przypomniałam sobie o moim tymczasowym problemie z magią, chwyciłam czarny bicz. Zamachnęłam się, uderzając osobnika w twarz, po czym broń owiązałam wokół jego szyi, lecz ten wielkimi dłońmi szarpnął sznur, zrywając go.
- Więc dziewczynka chce się pobawić? - stwierdził donośnym głosem – Jak mniemam, Lucy?
- Kim jesteś? - wzięłam Happyego na ręce, by być gotową na ucieczkę. Dlaczego wszędzie, gdzie się zatrzymujemy, ktoś zaczyna toczyć z nami walki? Dlaczego?!
- Dla ciebie, nikim. Dla Natsu Dargneela: wrogiem – rzucił topór w moją stronę, więc natychmiast odskoczyłam, z szyi zrywając klucz Aquarius. Musiałam improwizować, skoro ktoś chciał mnie najwyraźniej zabić, więc ze zniszczonego klucza postanowiłam zrobić broń.
- Lucy Kick! - wróg podniósł jedną brew do góry, lecz jego mina zrzedła nieco, gdy oberwał ode mnie solidnego kopniaka. Z jego ust wyleciał jeden ząb.
- Ty szmato! - wrzasnął. Po moich plecach przeszły dreszcze, lecz nie miałam zamiaru się poddawać. Happy miał jednak nieco inne plany
- Lucyyy! Musimy uciekać! - exceed owinął moją talię ogonem i wspiął się do góry.
- A dokąd to! - mężczyzna podskoczył, po czym pod stopami stworzył niewielkie tornado – Muszę cię zabić, żeby Dragneel cierpiał!
Pisnęłam głośno, a kot przyspieszył lot, jednak gość nie odpuszczał i leciał za nami metr w metr. Przerażona krzyknęłam, gdy rączka od topora uderzyła biednego kota w głowę. Zaczęliśmy spadać, a nasz prześladowca uśmiechnął się wrednie, po czym jeszcze bardziej przyspieszył, aż w końcu zeskoczył ze swojego mini tornada, wprost na mnie i nieprzytomnego futrzaka. W przypływie adrenaliny chwyciłam klucz Lokiego.
- Otwórz się bramo lwa: Loki! - po moich policzkach spłynęły łzy, gdy panicznie potrząsałam magicznym przedmiotem, a mężczyzna trzymał w żelaznym uścisku moje gardło.
Nagle coś błysnęło, a czyjaś wyprostowana dumnie postać wyłoniła się ze złotej poświaty.
Jestem taka słaba – zrezygnowana opadłam w czyjeś ręce, a po chwili przybyła osoba zaczęła bić się z naszym wrogiem – Dlaczego Natsu, akurat ja? Czy to przeznaczenie? Ale dlaczego miałabym trafić do Fairy Tail? Przecież tam każdy jest ponad przeciętnym magiem. No, powiedzmy, że większość.”
- O czym ty myślisz?! - rudy duch mną potrząsnął – Bogu dzięki, że mogę sam otwierać swoją bramę!
- Loki? - podniosłam głowę.
- Tak, księżniczko. Zdążyłem w ostatniej chwili. Nikt nie chciał mnie wypuścić, uważali, że sobie poradzisz, ale chyba naprawdę nie wiedzą, w jakim stanie jesteś! Dlaczego nikt tutaj z tobą nie został? Przecież jesteś teraz takim łatwym celem, ktoś powinien cię pilnować. Będę musiał mocno zlać Natsu – Loki prychnął, pomagając mi wstać. Jedną dłoń zaciskał w pięść, drugą zmierzwił moje włosy.
- Dziękuję ci Loki. Uratowałeś nas.
- To mój obowiązek wobec ciebie, Lucy. Nawet jeśli odrzuciłaś moje uczucia, czuję się oraz jestem zobowiązany do ochrony twojego życia za wszelką cenę, dlatego cieszę się, że umiem sam przekraczać bramę do tego świata. Teraz muszę jeszcze chronić twoje dziecko - mężczyzna objął moje ciało, głaszcząc moje blond włosy.
- Będę je chronił, nie ważne za jaką cenę – nie wiedziałam, co odpowiedzieć, po moich policzkach wciąż ściekały łzy, a z uda krew, w dłoni trzymałam zniszczony bicz.
- Dziękuję Loki – wyszeptałam w końcu. Wierzchem dłoni wytarłam mokre oczy, nieprzytomnego exceeda oddałam w ręce ducha, sama powoli idąc do obozowiska. „Muszę podszkolić się w walce wręcz” stwierdziłam. Nigdy mi jakoś na tym nie zależało, gdyż moja magia jest magią przedmiotu, a magowie jej używający, działają zazwyczaj na odległość. A już szczególnie magowie gwiezdnych duchów.
~*~

- Gościu z toporem? Nie znam żadnego – Natsu zdziwiony tym, co przed chwilą mu powiedziałam, przystawił palce do brody – A na pewno żadnemu nie zalazłem za skórę. Loki, co z nim zrobiłeś?
- Leży nieprzytomny – syknął rudzielec.
- Idę go dobić – Dragneel wstał z przewalonego drzewa – Nikt nie ma prawa skrzywdzić Luce.
- Nic by się jej nie stało, gdybyś przy niej był! - Lew zamachnął się, po czym przyłożył z całej siły mojemu narzeczonemu. Ten wkurzony oddał mu, przez co duch wpadł na Romeo, a ten na Wendy.
- Skąd miałem wiedzieć, że jakiś psychol się na nią rzuci?!
- Lucy, dlaczego ten kretyn? Nie mogłaś kogoś lepszego wybrać?
- Zamknij się rudzielcu!
- Powinieneś ją chronić! - Loki prychnął, po czym otarł z twarzy krew – Ale najwidoczniej ja będę musiał robić to za ciebie.
- Uspokójcie się chło~ - starałam się ich uciszyć, lecz zagłuszyły mnie przekleństwa, które wyrwały się z ust Natsu. W końcu lekko zdenerwowana Erza uderzyła obu facetów, lwa wysyłając tym samym do świata gwiezdnych duchów. Gdy kobieta odwróciła się w moją stronę z miną demona, lekko zadrżałam.
- On ma niestety rację, Lucy. Nie chroniliśmy się odpowiednio – Tytania poklepała moje ramię, idąc w stronę naszego namiotu, nieprzytomnym Salamandrem szurając po ziemi – Następnym razem zostanę z tobą.
- Ja też – powiedziały w tym samym czasie siostry Strauss, oraz Aki.
- Nie musicie tak się o mnie martwić, naprawdę! - zawstydzona własną bezsilnością, zaczęłam wymachiwać dłońmi.
Następnego dnia już zaczęłam swój mały, sekretny trening, o którym wiedział tylko Romeo, gdyż nastolatek postanowił ćwiczyć razem ze mną. Ze zwykłego sznura zrobiłam tymczasowy bat, medytowałam w przerwach od marszu, oraz kilkunastu minutowym przejeździe pociągiem. Moim kolejnymi celami było poprawienie mojej siły fizycznej (chociaż coś czuję, że jak moja pociecha odziedziczy energię po ojcu, to nabiegam się tyle, że trening nie będzie potrzebny), oraz zwiększenie siły magicznej.
Niby na tle przeciętnych magów prezentowałam się w miarę dobrze, jeszcze w stanie „błogosławionym”, ale chciałam dorównać chociażby do stóp na przykład Erzy.
~*~
Spojrzałam na kartkę papieru, która leżała obok mnie. Ot, zwykła karteczka, wyrwana z notesu Tytani. Na jej tyle wciąż widniał koszmarny projekt nowej zbroi, który przedstawiła nam kilka godzin temu. Ponownie zerknęłam na trzymany w ręce list od mamy.
Tak dawno do niej nie pisałam…
Z walizki wyciągnęłam pióro, które zamoczyłam w soku malinowym (czasami niestety trzeba improwizować), usiadłam i zaczęłam niezgrabnie kreślić literki na kartce. List napisany na kolanie wyglądał koszmarnie, ale przynajmniej był. Przeczytałam go jeszcze dwa razy, by móc poprawić błędy, po czym złożyłam go i położyłam na hotelowej półce nocnej.

Droga mamo!

              Jak pewnie wiesz, w moim życiu ostatnio trochę dzieje. W czasie Igrzysk Magicznych, wpadł niespodziewanie Natsu. Wiesz co zrobił ten głupek? Wyznał mi miłość! Naprawdę!
Teraz noszę pod sercem nasze dziecko, w dodatku postanowiliśmy zebrać wszystkich naszych przyjaciół z Fairy Tail. Pieniądze, które zostawiłaś nam z tatą przeznaczyliśmy na budowę gildii, a list, który do mnie napisałaś… no cóż, namieszał mi trochę w głowie. Dasz mi jakiś znak, o co chodzi? Dużo liter jest zamazanych, przez co nie mogę pewnych rzeczy rozczytać. Kim są ci, którzy przybyli do naszych czasów? Kim i kogo chcieli zniszczyć? Czy ja mam w tym pomóc? Daj mi znak, proszę!
            Ale wracając do tego, co się działo, po rozpadzie Fairy Tail. Wpierw, w Magnolii, spotkaliśmy się z Romeo, Wacabą, oraz Macao. Później, szło jakoś dobrze, znaleźliśmy Erzę, rodzeństwo Strauss, poznaliśmy Akiego, który przyłączył się do naszej rodzinki. Strasznie tęsknię za Levi, chciałabym pokazać jej, co napisałam przez ten rok! Zresztą, nie tylko jej – nie mogę się doczekać, aż wreszcie skończę pisać moją powieść, by móc ją upublicznić.
           Wiem, jak bardzo chaotyczny jest ten list, ale nie chciałam czekać do rana, ale musiałam po prostu do Ciebie napisać. Kocham Cię

Twoja Lucy”


-_-_-_-_-_-_-_-
-_-_-_-_-_-_-_-_-_-_-

Żyję! 
Ja żyję!
Mam już serdecznie dość szkoły, ludzi, ogólnie wszystkiego. Rozdzialik jest (troszkę z dupy i nie potrzebny, ale co tam), poprawiony i sprawdzony, gorzej nieco z treścią. Jestem załamana swoim brakiem postępu w pisaniu i muszę się wyżalić wam, Inernetom :/. Co więcej, moje aktualne prace są gorsze od tych sprzed paru miesięcy! Może trochę przesadzam, może przeżywam kryzys twórczy (czy jakoś tak się to nazywało), ale jak widać coraz rzadziej wrzucam cokolwiek na bloga, jednego i drugiego - na tym drugim, to już w ogóle masakra... Luna weź się do roboty. Przepraszam was za tą przerwę, ale mogę przynajmniej powiedzieć, że rozdział 20 na ma już dwie strony A4~! 

Do zobaczenia pewnie za dekadę
Luna Dragneel

niedziela, 1 października 2017

Twórczość mangozjebki Luny, czyli coś nowego

Szczerze mówiąc, ten pomysł wpadł mi do głowy, gdy siedziałam na lekcji i bazgrałam jakieś szkice w zeszycie. Postanowiłam narysować dziewczynę z jelenimi rogami, tak więc gdy wróciłam do domu, postanowiłam użyć swych farb, oraz nieistniejących zdolności plastycznych, by namalować wytwór mej wyobraźni.
Wtedy też, zaczęłam wymyślać jej historię. W ten sposób powstał "Strażnik Lasu", czyli moje najnowsze opowiadanie.

uwaga, uwaga...

Nie jest on fanfickiem! 

Gdy powiedziałam o tym mojej przyjaciółce, to spytała się czy jestem chora ;P
Nie przedłużając, zapraszam: https://strazniklasuzaufanie.blogspot.com/

niedziela, 24 września 2017

One shot Nalu "Szal"

- Rusz się! - zostałem popchnięty, a kajdany na moich nadgarstkach i kostkach zabrzęczały. Ja, niegdyś wesoły i ciągle uśmiechnięty chłopak, przeniosłem wzrok z bosych nóg na moich przyjaciół. Cana wyrywała się jakiemuś grubemu mężczyźnie, z jednego oka Erzy wypływały łzy, natomiast z pustego oczodołu krew, Gray próbował pocieszać ją i niebieskowłosą Juvię, całą pokrytą szkarłatną posoką. W rogu siedziała mała Levi ze swoimi braćmi - Jetem i Droyem, którzy płakali bardziej od niej. Najbardziej żal było mi chyba Alberony, bo dla niej było już za późno: została sprzedana. Gajeel stał z tyłu, z obojętną miną, z oczami wciąż utkwionymi w Macgarden. Ponownie poczułem uderzenie w plecy, a po chwili zostałem zmuszony do wejścia na skrzynie.
- Dziesięć lat, dobra budowa, siła odpowiednia do pracy, krnąbrny, ale pod odpowiednim naciskiem wykona zadanie - zazgrzytałem zębami, słuchając mojego opisu, który wskazywał bardziej na konia pociągowego, nie dziesięcioletniego chłopca, który został uprowadzony z wioski Fairy Tail, razem ze swoimi przyjaciółmi.
- Trzy kryształy! - jestem tańszy od książki? No proszę, dobrze wiedzieć!
- Pięć kryształów!
- Pięćdziesiąt! - zbladłem. Rzadko kiedy ktoś dawał tyle za dziecko, więc byłem na przegranej pozycji, szczególnie, że mężczyzna - który najwidoczniej przedawkował cukier do herbatki - ubrany był w drogie szaty. Szybko wzrokiem oceniłem, jakim on jest typem, ale niestety, okazał się tym najgorszym - pedofilem, który na pewno nie będzie wykorzystywał mnie do pracy na polu, a wolałbym to bardziej od losu, czekającego mnie przy boku tej grubej świni.
- Pięćdziesiąt po raz pierwszy, pięćdziesiąt po raz drugi, pięć~ - już miał rozlec się dźwięk uderzania młotkiem, ale wśród tłumu pokazała się mała rączka.
- Daję siedemdziesiąt! - na scenę wgramoliła się blond dziewczynka w różowo - bladej sukience.
- Spływaj stąd dziewczynko - została popchnięta, ale nie poddawała się, wyciągnęła sakiewkę, z której po chwili wysypała mnóstwo kryształowych i złotych okręgów. Nigdy wcześniej nie widziałem, żeby ktoś miał przy sobie tyle pieniędzy! Sprzedawcy zaczęły świecić się oczy, po czym szybko chciał wyrwać jej kryształy, ale ona odsunęła dłoń z nimi.
- Chcę kupić ich wszystkich - wskazała całą naszą dziecięcą gromadkę.
- Musiałabyś wziąć udział w głosowaniu - ze śnieżnobiałej szyi zdjęła złoty wisiorek, z palca pierścień, a z nadgarstka trzy bransoletki - Cofam to, bierz tych gówniarzy!
Do jej dłoni zostały wetknięte końce łańcuchów, a my dostaliśmy ostatniego kopa w tyłek. Gdy odeszliśmy kilkadziesiąt metrów od ciemnej uliczki, zdjęła łańcuchy oraz kajdanki z naszych ciał i uśmiechnęła się.
- Uciekajcie, ja muszę wracać do domu - z uśmiechem na ustach, zaczęła iść w swoją stronę.
- Czekaj! - złapałem brudną ręką za jej ramiona - A co z Caną?! Błagam, uratuj ją!
- Nie mogę, sam widziałeś, dla niej było za późno -z jej twarzy zniknął uśmiech, a zastąpił go smutek i zdenerwowanie. Odwinęła biały materiał, przepasający jej wąskie biodra i zawiązała go na mojej szyi.
- Żegnajcie! - podwinęła poły sukni i zaczęła szybko biec, a my mogliśmy tylko patrzeć jak odchodzi.
***
Spojrzałem na szal, który trzymałem w swojej dłoni. Jak zwykle czysty, pachnący blondynką sprzed dziesięciu lat, oraz symbolizujący dobro – przynajmniej dla mnie. To chyba była najbardziej zadbana rzecz, jaką posiadałem w swoim obskurnym mieszkanku na wsi, oraz jedyna, dzięki której pamięć trzymała mnie przy tamtej dziewczynce, przy wyglądzie jej sylwetki, twarzy, uśmiechu…
Moje kroki kierowałem właśnie do stolicy, mając nadzieję, że dostanę tam pracę. Nie przelewało mi się, a mój poprzedni przełożony wywalił mnie z roboty po dwóch dniach, gdy przez przypadek podpaliłem jakieś drzewo, zamiast je ściąć. Tak, byłem drwalem, wcześniej kucharzem, sprzedawcą, ogrodnikiem, kelnerem i długo by można jeszcze wymieniać, a że utrzymywałem jeszcze mojego kota, musiałem koniecznie znaleźć chlebodawcę. Myśląc nad tym, gdzie mogliby mnie przyjąć, zerknąłem na kocurka, smacznie śpiącego sobie właśnie w moim szaliku. Happy był praktycznie moim jedynym przyjacielem, oraz towarzyszem, więc czasami do niego gadałem, mając nadzieję, że mnie rozumie, czasem również prosiłem go o rady, podstawiając dwie ryby – jedna miała symbolizować jedną opcję, druga drugą, a ta którą wybierał futrzak, była przeze odrzucana.
- Miau! - kot otarł się o moją brodę, domagając się jedzenia. Z mojego brzucha wydobyło się głośnie burknięcie, a ja westchnąłem.
- Nie tylko ty jesteś głodny – podrapałem jego kark i stanąłem przed Magnolijską bramą, w której można było zobaczyć kilka śladów po kamiennych kulach, a gdzieniegdzie powbijane były strzały.
Ślady wojny wciąż były mocno widoczne, co niezwykle przykuwało wzrok, oraz potwierdzało plotkę o tym, że Fiore to jedno z najsilniejszych państw.
Miałem przeogromną nadzieję, że to właśnie w tym mieście, tu, gdzie zostałem wyswobodzony z niewoli, znów los się do mnie uśmiechnie. Ale nie – już po pierwszych kilku minutach przechadzki po uliczkach, zostałem dwa razy wyśmiany, oraz na mojej głowie pojawiły się dzięki jakieś starszej pani, resztki z obiadu, a po chwili wywaliłem się o zwykły próg.
- Pomóc? - spytał mnie jakiś bogato ubrany chłopak, gdy podnosiłem się z ziemi.
- Nie, nie trzeba. Lepiej wracaj do domu młody – uśmiechnąłem się do niego i otrzepałem pobrudzone ubrania.
- Po pierwsze: niech pan nie mówi tak na mnie. Po drugie: widać, że potrzebuje pan pracy, a ja mogę panu ją załatwić. Po trzecie: musi się pan umyć, koniecznie – wymownie zatkał nos, a w jego oczach pojawiły się wesołe iskierki, mówiące, że nie powiedział tego by mnie obrazić.
- Dasz mi robotę? - spojrzałem na niego z ukosa i uniosłem do góry brew – Mimo, że znasz mnie kilka sekund?
- Dokładnie. Jestem Romeo, przybyłem do Magnolii w sprawie balu, który urządza rodzina królewska.
- Jesteś ze szlachty?
- Oczywiście!
Nie wiele myśląc, zgodziłem się.
***
Okazało się, że moja robota będzie polegała na ochranianiu młodego szlachcica na balu, który będzie odbywał się w pałacu królewskim. Dostałem eleganckie ubrania, miecz oraz trochę pieniędzy na wyżywienie do momentu, w którym nie odbędzie się przyjęcie. Po zabawie, nasze drogi mają się rozejść, a ponownie będę musiał szukać pracy. Jak dla mnie umowa była super! Nie dość, że dostanę pieniądze, to jeszcze będę mógł się najeść na bankiecie! Zabawa zaczynała się o godzinie dziewiętnastej, więc miałem ponad trzy godziny na przechadzkę po Magnolii i wynajęcie
tymczasowego mieszkania za ostatnie grosze. Gdy nadszedł czas, przebrałem się i wyruszyłem pod pałac, gdzie miałem spotkać się z Romeo. Razem weszliśmy przez ogromne, pałacowe drzwi i przechodząc kilkoma korytarzami dotarliśmy do sali balowej. Tam było już mnóstwo dam ubranych w piękne suknie, oraz wielu mężczyzn i trochę nastolatków.
- Moi rodzice przybędą później – po długim milczeniu odezwał się do mnie chłopak, strażnikowi dając przy wejściu zaproszenie – O nich nie musisz się martwić, skup się na mnie oraz na tej dziewczynce z granatowymi włosami. To Wendy, bardzo mi się podoba i nie chcę, by stała jej się krzywda.
Kiwnąłem głową i ruszyłem pędem do bufetu gdzie już na wstępie zjadłem kilka czekoladowych babeczek. Wzrokiem co jakiś czas skanowałem salę, by upewnić się, że Romeo i Wendy są bezpieczni, po czym wracałem do jedzenia.
Minęło pierwszych dziesięć minut.
Zaczynałem się już nudzić, nie wiedziałem co mam ze sobą robić, do tańca nikogo zapraszać nie chciałem, wolałem skupić się na robocie, zresztą, nawet nie umiałem tańczyć walca czy chociażby poruszać się w takt muzyki.
Przeminęło dwadzieścia minut.
Chodziłem z kąta w kąt, klaskałem gdy orkiestra kończyła grać utwór, albo podpierałem ściany. Obserwowałem wirujące w tańcu pary, samemu co najwyżej tupiąc nogą.
Kolejne dwadzieścia minut za mną.
Byłem już kompletnie znudzony, nie mogłem usiedzieć w miejscu i nawet jedzenie przestało mi pomagać, więc dreptałem w kółko po sali. Wtem zauważyłem dziewczynę. Wyróżniała się na tle innych szlachcianek, miała piękne, czekoladowe oczy i bladą cerę, jej delikatną twarzyczkę okalały jasne kosmyki, a w uszach tkwiły urocze kolczyki w kształcie serc. Blondynka chyba zauważyła, że się jej przyglądam, gdyż pomachała do mnie delikatnie i z uśmiechem na ustach ruszyła w moją stronę. Moje ciało oblał zimny pot, a serce zaczęło dudnić. „Co jest? - pomyślałem - „Nigdy wcześniej się tak nie czułem”.
- Jestem Lucy – podała mi odzianą w białą rękawiczkę dłoń.
- Natsu – również się przedstawiłem i uścisnąłem ją. Dziewczę zaśmiało się, gdy to zrobiłem, po czym ujmując moją drugą rękę, zbliżyła się do mnie i stoją na palcach, by móc patrzeć mi w oczy, zapytała się o taniec.
- Nie umiem tańczyć – zawstydzony spuściłem wzrok na moje buty, lecz ona wzięła moje kończyny, oparła je na swoich biodrach, po czym zaplotła swoje na moim karku.
- Nauczę cię.
Zaczęliśmy poruszać się w takt wolnej muzyki, nie spoglądając na siebie. Oboje byliśmy zarumienieni, jednak Lucy dodawało to mnóstwo uroku, tak samo jak lekki uśmiech, czy zakłopotany wzrok.
- Nie pamiętam twojego imienia na liście gości – zaczęła rozmowę.
- Jestem tylko ochroniarzem.
- Naprawdę?
- Nie, na niby.
- Jaki ty śmieszny – nadymała policzki i pokazała mi język. Wybuchnąłem śmiechem, a ona razem ze mną. Gdy skończyliśmy, ponownie zaczęliśmy tańczyć, trochę zgrabniej niż wcześniej, gdyż poprzednio kilka razy stanąłem na jej stopie. Wtedy coś poruszyło się w moim szaliku. Zbladłem, a zaciekawiona brązowooka dotknęła mojej materiałowej relikwii.
- Miau! - zabrzmiało. Kompletnie zawstydzony, odsłoniłem kawałek Happyego, którego przemyciłem na bal.
- Jaki słodki! - pisnęła szlachcianka i pogłaskała łepek kotka – Jak się wabi?
- Happy – zażenowany ukryłem z powrotem kocurka i oplotłem jej talię rękami, jednak ona nie chciała wrócić do tańca. Stała w miejscu i patrzyła na szalik, po czym dotknęła go zdziwiona.
- Skąd – wydusiła w końcu – Skąd go masz?
- Dostałem kiedyś.
- Od kogo?
- Od takiej dziewczynki, byłem wtedy mały, a ona uratowała mi tyłek – dziewczyna zaczęła się cofać, w końcu szybkim marszem odeszła ode mnie. Zdziwiony wzruszyłem tylko ramionami i wróciłem do obserwowania młodej pary szlachciców.
***
Bal zakończył się o drugiej w nocy, ja więc po odprowadzeniu Romeo i jego Wendy do pokoi gościnnych w pałacu, ruszyłem do wynajętego noclegu. Wróciłem niesamowicie zmęczony, a moje myśli wciąż krążyły wokół blondynki.
- Pewnie była dość bogata – rozmyślałem na głos, słowa kierując do Happyego – A widziałeś jej piersi? Taaakie duuuże! No i ładna była… ale dlaczego ode mnie uciekła? Puściłem bąka, czy co? A może wie, że byłem kiedyś niewolnikiem? Jeśli tak, to nie za prędko znajdę w Magnolii pracę.
Kotek wskoczył na moją klatkę piersiową, wbijając lekko pazurki w moją skórę. Wyszczerzyłem się i pogłaskałem niebieskie futro, dzięki czemu zwierzę wydało z siebie pomruk zadowolenia.
- Przynajmniej mamy zapewnione żarcie na następne dwa tygodnie. Kupię wędkę i zacznę nam jeszcze łowić ryby, przynajmniej zaoszczędzę na tobie, cholerny darmozjadzie – parsknąłem śmiechem, zamknąłem oczy i ułożyłem głowę na poduszce, cały czas dłoń trzymając na kocie. Postanowiłem się zdrzemnąć, by móc być przygotowanym na poszukiwanie pracy następnego dnia. Niestety, gdy już przysypiałem, rozległo się pukanie do drzwi. Gwałtownie wstałem – zrzucając z siebie biednego Happyego – i podszedłem do wyjścia z pokoju. Szarpnąłem za klamkę, by zobaczyć, kto dobija się do mnie o czwartej nad ranem.
- Cześć Natsu – stanąłem jak wryty, a moje serce zaczęło bić niesamowicie szybko. Przede mną stała Lucy w pelerynie, oraz skromnym stroju pokojówki. Była lekko zarumieniona, a jej ciało drżało z zimna, gdyż na korytarzu zajazdu panował niesamowity mróz, a nikt nie napalił w kominku stojącym koło okna.
- Natsu? Wszystko w prządku?
- Tak! - otrząsnąłem się z szoku spowodowanym przybyciem damy, po czym wciągnąłem ją do ciepłego pomieszczenia. Przyjąłem od niej pelerynę, którą rzuciłem gdzieś na krzesło, po czym usiadłem obok niej na sofie.
- Co się stało z twoją sukienką? Jesteś pokojówką?
- Nie, tylko w ten sposób straż w zamku wypuściła mnie z pokoju, moja przyjaciółka mi przyniosła ten strój – ujęła delikatnie moją rękę, spuszczając głowę – Chciałam koniecznie z tobą porozmawiać. Nie masz mi za złe, że obudziłam cię?
- Nie, oczywiście, że nie! - na moje policzki wstąpił rumieniec, gdy blondynka dotknęła szalika na mojej szyi.
- Więc mam kilka pytań. Czy ten szal – złapała materiał, ściskając go – Jest od blondynki? Takiej z brązowymi oczami? Czy było to dziesięć lat temu?
Mówiła z szybkością światła, a jej czekoladowe tęczówki świeciły niczym gwiazdy. W sumie nie słuchałem jej pytań, po prostu patrzyłem na jej twarz niczym oczarowany.
- Wystawiono cię na sprzedaż handlu ludźmi? – to pytanie było niczym kubeł zimnej wody. Odsunąłem się od Lucy, po czym dotknąłem blizny na mojej szyi, a przez moją głowę przeleciały wspomnienia.
Krew, baty, ból… płacząca Erza oraz Levi, Gray zaciskający pięści z bezsilności…
- Skąd o tym wiesz? - zapytałem grobowym głosem, czując jak całe moje ciało drży. Nie chciałem, żeby ona o tym wiedziała, mógł to być każdy, ale nie Lucy! Przy niej czułem się tak dobrze, taniec z nią był niczym zjedzenie najdroższej bombonierki, czy leżenie na kwiecistej łące. Dopiero wtedy zrozumiałem, że pierwszy raz od dziesięciu lat poczułem taką więź z drugim człowiekiem, bałem się, że moja przeszłość zniszczy tą znajomość.
- Ten szal zrobiła moja matka, która zmarła, gdy miałam siedem lat. Od tamtej pory nosiłam go ze sobą wszędzie, jako pasek, czy zwykła ozdoba. Oddałam go jednak chłopcu o różowych włosach, którego kupiłam na czarnym rynku, tak samo jak jego kilkunastu przyjaciół. Miałam nadzieję, że będzie mnie pamiętać. Ja jego twarz oraz zawód w oczach wciąż pamiętam. Wszystko pamiętam – wyszeptała, odwracając wzrok w inną stronę. Oszołomiony, złapałem za szal, po czym zdjąłem go z mojej szyi.
- Więc on należy do ciebie? - opatuliłem nim szlachciankę. Ta natychmiast się odwróciła i spojrzała na mnie z nadzieją w oczach.
- Więc to naprawdę ty! Mój boże, jak wyrosłeś! Wiedziałam, wiedziałam, że to ty!
- Ale jakim cudem ja cię nie rozpoznałem? - przyjrzałem się uważnie dziewczynie – Za wiele, to ty się nie zmieniłaś, no może poza~
Złapałem się za swoją klatkę piersiową, wyraźnie dając jej znać, jakie rozmiary zmieniły się u niej.
- Cicho tam! - pokazała mi język, po czym przytuliła się do mnie – Cieszę się, że sobie radzisz w życiu. Tęskniłam za tobą, Natsu.
- Przecież się nie znaliśmy.
- I tak za tobą tęskniłam! - w moją twarz uderzyły blond włosy, gdy Lucy schowała swoją twarz w zgięciu szyi.
Koniec końców, otrzymałem pracę w pałacu, a Happy mógł wyjadać ryby ze stawu w ogrodzie. Spędzałem z księżniczką – moja blondynka okazała się być córką króla – coraz więcej czasu, dzięki czemu poznaliśmy się na tyle dobrze, bym mógł pewnego dnia uklęknąć na jedno kolano i olewając statusy społeczne, naszą przeszłość, pochodzenie i całe otoczenie, wypowiedziałem te trzy słowa:
- Wyjdziesz za mnie?
Przeszłość nie ma trzymać cię za nogi i nie pozwalać ruszyć z miejsca – przeszłość buduje nas, nasz charakter, kształtuje naszą wiedzę. Czasem warto zamknąć jakiś rozdział w swoim życiu, nie wracać do niego, cieszyć się teraźniejszością.

Nie ważne jest to, kim jesteś, jaką masz przeszłość, oraz jak widzi cię społeczeństwo – jeśli miłość złapie cię w swoje sidła, już się nie wydostaniesz.


-_-_-_-_-_-_-_-_-
-_-_-_-_-
Wiem, wiem: one shot średniawy, nie logiczny i ogólnie dupy nie urywa.
Mimo wszystkiego wstawiam go i mam nadzieję, że się podoba :)
L.D.