niedziela, 29 października 2017

Rozdział 19 "Lew nie opuszcza swego pana"

Mężczyzna objął moje ciało, głaszcząc moje blond włosy.
- Będę je chronił, nie ważne za jaką cenę – nie wiedziałam, co odpowiedzieć, po moich policzkach wciąż ściekały łzy, a z uda krew; w dłoni trzymałam zniszczony bicz.
*jakiś czas wcześniej*
- Duuupa blada! - mruknął Natsu – Przeszukałem z Happym całą wschodnią część. A wy coś znaleźliście?
Wendy pokręciła głową, tak samo jak pozostałe grupy poszukiwawcze.
- Trudno, idziemy dalej. Widocznie jest tutaj zła pogoda – popatrzyłam pobłażliwie na towarzyszy, lekko wzdychając. Mieliśmy nadzieję, że znajdziemy tu naszą przyjaciółkę, ale najwidoczniej plotki o wodnej magini, podtrzymującej deszcz w mieście, były tylko plotkami, nie ciągnącymi za sobą faktów.
- Jesteś pewna, Lucy? Mi się wydaje, że to dość dziwne – stwierdziła Lisanna – Ale skoro jej nie znaleźliśmy, to ruszajmy.
- Nie pytaliśmy się jeszcze mieszkańców!
- My się pytaliśmy – oświadczyła Mirajane.
- My też, ale nie widzieli nikogo takiego jak Juvia.
- U nas było dokładnie to samo.
Dragneel wypuszczając powietrze z ust, złapał nasz bagaż i rozejrzał się jeszcze raz po ulicy, jakby miał nadzieję, że jakaś znajoma twarz wyskoczy zza rogu. Ja również byłam zawiedziona, chciałam jak najszybciej znaleźć pozostałych magów z Fairy Tail – mój brzuch z dnia na dzień zaokrąglał się i powiększał, a moje mdłości i zachcianki rosły razem z nim.
Zaczęliśmy ponownie kroczyć drogą prowadzącą przez łąki, oraz sady, kolejny raz w tym samym dniu. Hargeon, ku któremu się kierowaliśmy, był kilkanaście mil od naszego miejsca pobytu, więc coraz częściej wykorzystywaliśmy oprócz sił naszych nóg, pociągi. Nie będę nawet poruszała tematu choroby lokomocyjnej smoczego zabójcy… w każdym bądź razie, po zachodzie słońca rozłożyliśmy namioty, przygotowaliśmy jedzenie oraz ognisko, by móc odstraszyć dzikie zwierzęta, kręcące się w lesie, obok którego rozbiliśmy nasze obozowisko.
- Idę coś upolować – stwierdziła Erza, wzięła miecz i ruszyła w gęstwinę drzew. Ja jedynie wzruszyłam ramionami, przyzwyczaiłam się do tego zdania z czyichś ust z naszej ekipy. Gorzej jednak było to, że zaraz po kobiecie wstało kilka osób, w końcu Natsu i Wendy, a Mirajane z Lissaną postanowiły znaleźć źródło wody.
W ten sposób zostałam kompletnie sama.
***
Ziewnęłam, otwierając szeroko usta. Moje oczy robiły się coraz cięższe, a myślami byłam już pod ciepłą kołdrą. Niestety nie mogłam się położyć, musiałam koniecznie pilnować ogniska by nie wygasło.
- Gdzie oni są? - jęknęłam, szczelniej okrywając się kocem i szalikiem Dragneela – Powinni już tu byyyć.
- Ja tu jestem! - Happy przypomniał mi o swojej obecności.
- To popilnuj ogniska, ja muszę koniecznie się położyć.
- Aye, sir – kot wypełznął dosłownie z namiotu, a ja do niego wlazłam, kładąc się na materacu. Nie było dane mi długo spać, gdyż nagle usłyszałam krzyk exceeda. Natychmiast zerwałam się z miejsca i podbiegłam do małego przyjaciela, przed którym stał mężczyzna z toporem. Odruchowo wyciągnęłam jeden z kluczy, jednak gdy przypomniałam sobie o moim tymczasowym problemie z magią, chwyciłam czarny bicz. Zamachnęłam się, uderzając osobnika w twarz, po czym broń owiązałam wokół jego szyi, lecz ten wielkimi dłońmi szarpnął sznur, zrywając go.
- Więc dziewczynka chce się pobawić? - stwierdził donośnym głosem – Jak mniemam, Lucy?
- Kim jesteś? - wzięłam Happyego na ręce, by być gotową na ucieczkę. Dlaczego wszędzie, gdzie się zatrzymujemy, ktoś zaczyna toczyć z nami walki? Dlaczego?!
- Dla ciebie, nikim. Dla Natsu Dargneela: wrogiem – rzucił topór w moją stronę, więc natychmiast odskoczyłam, z szyi zrywając klucz Aquarius. Musiałam improwizować, skoro ktoś chciał mnie najwyraźniej zabić, więc ze zniszczonego klucza postanowiłam zrobić broń.
- Lucy Kick! - wróg podniósł jedną brew do góry, lecz jego mina zrzedła nieco, gdy oberwał ode mnie solidnego kopniaka. Z jego ust wyleciał jeden ząb.
- Ty szmato! - wrzasnął. Po moich plecach przeszły dreszcze, lecz nie miałam zamiaru się poddawać. Happy miał jednak nieco inne plany
- Lucyyy! Musimy uciekać! - exceed owinął moją talię ogonem i wspiął się do góry.
- A dokąd to! - mężczyzna podskoczył, po czym pod stopami stworzył niewielkie tornado – Muszę cię zabić, żeby Dragneel cierpiał!
Pisnęłam głośno, a kot przyspieszył lot, jednak gość nie odpuszczał i leciał za nami metr w metr. Przerażona krzyknęłam, gdy rączka od topora uderzyła biednego kota w głowę. Zaczęliśmy spadać, a nasz prześladowca uśmiechnął się wrednie, po czym jeszcze bardziej przyspieszył, aż w końcu zeskoczył ze swojego mini tornada, wprost na mnie i nieprzytomnego futrzaka. W przypływie adrenaliny chwyciłam klucz Lokiego.
- Otwórz się bramo lwa: Loki! - po moich policzkach spłynęły łzy, gdy panicznie potrząsałam magicznym przedmiotem, a mężczyzna trzymał w żelaznym uścisku moje gardło.
Nagle coś błysnęło, a czyjaś wyprostowana dumnie postać wyłoniła się ze złotej poświaty.
Jestem taka słaba – zrezygnowana opadłam w czyjeś ręce, a po chwili przybyła osoba zaczęła bić się z naszym wrogiem – Dlaczego Natsu, akurat ja? Czy to przeznaczenie? Ale dlaczego miałabym trafić do Fairy Tail? Przecież tam każdy jest ponad przeciętnym magiem. No, powiedzmy, że większość.”
- O czym ty myślisz?! - rudy duch mną potrząsnął – Bogu dzięki, że mogę sam otwierać swoją bramę!
- Loki? - podniosłam głowę.
- Tak, księżniczko. Zdążyłem w ostatniej chwili. Nikt nie chciał mnie wypuścić, uważali, że sobie poradzisz, ale chyba naprawdę nie wiedzą, w jakim stanie jesteś! Dlaczego nikt tutaj z tobą nie został? Przecież jesteś teraz takim łatwym celem, ktoś powinien cię pilnować. Będę musiał mocno zlać Natsu – Loki prychnął, pomagając mi wstać. Jedną dłoń zaciskał w pięść, drugą zmierzwił moje włosy.
- Dziękuję ci Loki. Uratowałeś nas.
- To mój obowiązek wobec ciebie, Lucy. Nawet jeśli odrzuciłaś moje uczucia, czuję się oraz jestem zobowiązany do ochrony twojego życia za wszelką cenę, dlatego cieszę się, że umiem sam przekraczać bramę do tego świata. Teraz muszę jeszcze chronić twoje dziecko - mężczyzna objął moje ciało, głaszcząc moje blond włosy.
- Będę je chronił, nie ważne za jaką cenę – nie wiedziałam, co odpowiedzieć, po moich policzkach wciąż ściekały łzy, a z uda krew, w dłoni trzymałam zniszczony bicz.
- Dziękuję Loki – wyszeptałam w końcu. Wierzchem dłoni wytarłam mokre oczy, nieprzytomnego exceeda oddałam w ręce ducha, sama powoli idąc do obozowiska. „Muszę podszkolić się w walce wręcz” stwierdziłam. Nigdy mi jakoś na tym nie zależało, gdyż moja magia jest magią przedmiotu, a magowie jej używający, działają zazwyczaj na odległość. A już szczególnie magowie gwiezdnych duchów.
***

- Gościu z toporem? Nie znam żadnego – Natsu zdziwiony tym, co przed chwilą mu powiedziałam, przystawił palce do brody – A na pewno żadnemu nie zalazłem za skórę. Loki, co z nim zrobiłeś?
- Leży nieprzytomny – syknął rudzielec.
- Idę go dobić – Dragneel wstał z przewalonego drzewa – Nikt nie ma prawa skrzywdzić Luce.
- Nic by się jej nie stało, gdybyś przy niej był! - Lew zamachnął się, po czym przyłożył z całej siły mojemu narzeczonemu. Ten wkurzony oddał mu, przez co duch wpadł na Romeo, a ten na Wendy.
- Skąd miałem wiedzieć, że jakiś psychol się na nią rzuci?!
- Lucy, dlaczego ten kretyn? Nie mogłaś kogoś lepszego wybrać?
- Zamknij się rudzielcu!
- Powinieneś ją chronić! - Loki prychnął, po czym otarł z twarzy krew – Ale najwidoczniej ja będę musiał robić to za ciebie.
- Uspokójcie się chło~ - starałam się ich uciszyć, lecz zagłuszyły mnie przekleństwa, które wyrwały się z ust Natsu. W końcu lekko zdenerwowana Erza uderzyła obu facetów, lwa wysyłając tym samym do świata gwiezdnych duchów. Gdy kobieta odwróciła się w moją stronę z miną demona, lekko zadrżałam.
- On ma niestety rację, Lucy. Nie chroniliśmy się odpowiednio – Tytania poklepała moje ramię, idąc w stronę naszego namiotu, nieprzytomnym Salamandrem szurając po ziemi – Następnym razem zostanę z tobą.
- Ja też – powiedziały w tym samym czasie siostry Strauss, oraz Aki.
- Nie musicie tak się o mnie martwić, naprawdę! - zawstydzona własną bezsilnością, zaczęłam wymachiwać dłońmi.
Następnego dnia już zaczęłam swój mały, sekretny trening, o którym wiedział tylko Romeo, gdyż nastolatek postanowił ćwiczyć razem ze mną. Ze zwykłego sznura zrobiłam tymczasowy bat, medytowałam w przerwach od marszu, oraz kilkunastu minutowym przejeździe pociągiem. Moim kolejnymi celami było poprawienie mojej siły fizycznej (chociaż coś czuję, że jak moja pociecha odziedziczy energię po ojcu, to nabiegam się tyle, że trening nie będzie potrzebny), oraz zwiększenie siły magicznej.
Niby na tle przeciętnych magów prezentowałam się w miarę dobrze, jeszcze w stanie „błogosławionym”, ale chciałam dorównać chociażby do stóp na przykład Erzy.
***
Spojrzałam na kartkę papieru, która leżała obok mnie. Ot, zwykła karteczka, wyrwana z notesu Tytani. Na jej tyle wciąż widniał koszmarny projekt nowej zbroi, który przedstawiła nam kilka godzin temu. Ponownie zerknęłam na trzymany w ręce list od mamy.
Tak dawno do niej nie pisałam…
Z walizki wyciągnęłam pióro, które zamoczyłam w soku malinowym (czasami niestety trzeba improwizować), usiadłam i zaczęłam niezgrabnie kreślić literki na kartce. List napisany na kolanie wyglądał koszmarnie, ale przynajmniej był. Przeczytałam go jeszcze dwa razy, by móc poprawić błędy, po czym złożyłam go i położyłam na hotelowej półce nocnej.

Droga mamo!

              Jak pewnie wiesz, w moim życiu ostatnio trochę dzieje. W czasie Igrzysk Magicznych, wpadł niespodziewanie Natsu. Wiesz co zrobił ten głupek? Wyznał mi miłość! Naprawdę!
Teraz noszę pod sercem nasze dziecko, w dodatku postanowiliśmy zebrać wszystkich naszych przyjaciół z Fairy Tail. Pieniądze, które zostawiłaś nam z tatą przeznaczyliśmy na budowę gildii, a list, który do mnie napisałaś… no cóż, namieszał mi trochę w głowie. Dasz mi jakiś znak, o co chodzi? Dużo liter jest zamazanych, przez co nie mogę pewnych rzeczy rozczytać. Kim są ci, którzy przybyli do naszych czasów? Kim i kogo chcieli zniszczyć? Czy ja mam w tym pomóc? Daj mi znak, proszę!
            Ale wracając do tego, co się działo, po rozpadzie Fairy Tail. Wpierw, w Magnolii, spotkaliśmy się z Romeem, Wacabą, oraz Macao. Później, szło jakoś dobrze, znaleźliśmy Erzę, rodzeństwo Strauss, poznaliśmy Akiego, który przyłączył się do naszej rodzinki. Strasznie tęsknię za Levi, chciałabym pokazać jej, co napisałam przez ten rok! Zresztą, nie tylko jej – nie mogę się doczekać, aż wreszcie skończę pisać moją powieść, by móc ją upublicznić.
           Wiem, jak bardzo chaotyczny jest ten list, ale nie chciałam czekać do rana, ale musiałam po prostu do Ciebie napisać. Kocham Cię

Twoja Lucy”


-_-_-_-_-_-_-_-
-_-_-_-_-_-_-_-_-_-_-

Żyję! 
Ja żyję!
Mam już serdecznie dość szkoły, ludzi, ogólnie wszystkiego. Rozdzialik jest (troszkę z dupy i nie potrzebny, ale co tam), poprawiony i sprawdzony, gorzej nieco z treścią. Jestem załamana swoim brakiem postępu w pisaniu i muszę się wyżalić wam, Inernetom :/. Co więcej, moje aktualne prace są gorsze od tych sprzed paru miesięcy! Może trochę przesadzam, może przeżywam kryzys twórczy (czy jakoś tak się to nazywało), ale jak widać coraz rzadziej wrzucam cokolwiek na bloga, jednego i drugiego - na tym drugim, to już w ogóle masakra... Luna weź się do roboty. Przepraszam was za tą przerwę, ale mogę przynajmniej powiedzieć, że rozdział 20 na ma już dwie strony A4~! 

Do zobaczenia pewnie za dekadę
Luna Dragneel

niedziela, 1 października 2017

Twórczość mangozjebki Luny, czyli coś nowego

Szczerze mówiąc, ten pomysł wpadł mi do głowy, gdy siedziałam na lekcji i bazgrałam jakieś szkice w zeszycie. Postanowiłam narysować dziewczynę z jelenimi rogami, tak więc gdy wróciłam do domu, postanowiłam użyć swych farb, oraz nieistniejących zdolności plastycznych, by namalować wytwór mej wyobraźni.
Wtedy też, zaczęłam wymyślać jej historię. W ten sposób powstał "Strażnik Lasu", czyli moje najnowsze opowiadanie.

uwaga, uwaga...

Nie jest on fanfickiem! 

Gdy powiedziałam o tym mojej przyjaciółce, to spytała się czy jestem chora ;P
Nie przedłużając, zapraszam: https://strazniklasuzaufanie.blogspot.com/

niedziela, 24 września 2017

One shot Nalu "Szal"

- Rusz się! - zostałem popchnięty, a kajdany na moich nadgarstkach i kostkach zabrzęczały. Ja, niegdyś wesoły i ciągle uśmiechnięty chłopak, przeniosłem wzrok z bosych nóg na moich przyjaciół. Cana wyrywała się jakiemuś grubemu mężczyźnie, z jednego oka Erzy wypływały łzy, natomiast z pustego oczodołu krew, Gray próbował pocieszać ją i niebieskowłosą Juvię, całą pokrytą szkarłatną posoką. W rogu siedziała mała Levi ze swoimi braćmi - Jetem i Droyem, którzy płakali bardziej od niej. Najbardziej żal było mi chyba Alberony, bo dla niej było już za późno: została sprzedana. Gajeel stał z tyłu, z obojętną miną, z oczami wciąż utkwionymi w Macgarden. Ponownie poczułem uderzenie w plecy, a po chwili zostałem zmuszony do wejścia na skrzynie.
- Dziesięć lat, dobra budowa, siła odpowiednia do pracy, krnąbrny, ale pod odpowiednim naciskiem wykona zadanie - zazgrzytałem zębami, słuchając mojego opisu, który wskazywał bardziej na konia pociągowego, nie dziesięcioletniego chłopca, który został uprowadzony z wioski Fairy Tail, razem ze swoimi przyjaciółmi.
- Trzy kryształy! - jestem tańszy od książki? No proszę, dobrze wiedzieć!
- Pięć kryształów!
- Pięćdziesiąt! - zbladłem. Rzadko kiedy ktoś dawał tyle za dziecko, więc byłem na przegranej pozycji, szczególnie, że mężczyzna - który najwidoczniej przedawkował cukier do herbatki - ubrany był w drogie szaty. Szybko wzrokiem oceniłem, jakim on jest typem, ale niestety, okazał się tym najgorszym - pedofilem, który na pewno nie będzie wykorzystywał mnie do pracy na polu, a wolałbym to bardziej od losu, czekającego mnie przy boku tej grubej świni.
- Pięćdziesiąt po raz pierwszy, pięćdziesiąt po raz drugi, pięć~ - już miał rozlec się dźwięk uderzania młotkiem, ale wśród tłumu pokazała się mała rączka.
- Daję siedemdziesiąt! - na scenę wgramoliła się blond dziewczynka w różowo - bladej sukience.
- Spływaj stąd dziewczynko - została popchnięta, ale nie poddawała się, wyciągnęła sakiewkę, z której po chwili wysypała mnóstwo kryształowych i złotych okręgów. Nigdy wcześniej nie widziałem, żeby ktoś miał przy sobie tyle pieniędzy! Sprzedawcy zaczęły świecić się oczy, po czym szybko chciał wyrwać jej kryształy, ale ona odsunęła dłoń z nimi.
- Chcę kupić ich wszystkich - wskazała całą naszą dziecięcą gromadkę.
- Musiałabyś wziąć udział w głosowaniu - ze śnieżnobiałej szyi zdjęła złoty wisiorek, z palca pierścień, a z nadgarstka trzy bransoletki - Cofam to, bierz tych gówniarzy!
Do jej dłoni zostały wetknięte końce łańcuchów, a my dostaliśmy ostatniego kopa w tyłek. Gdy odeszliśmy kilkadziesiąt metrów od ciemnej uliczki, zdjęła łańcuchy oraz kajdanki z naszych ciał i uśmiechnęła się.
- Uciekajcie, ja muszę wracać do domu - z uśmiechem na ustach, zaczęła iść w swoją stronę.
- Czekaj! - złapałem brudną ręką za jej ramiona - A co z Caną?! Błagam, uratuj ją!
- Nie mogę, sam widziałeś, dla niej było za późno -z jej twarzy zniknął uśmiech, a zastąpił go smutek i zdenerwowanie. Odwinęła biały materiał, przepasający jej wąskie biodra i zawiązała go na mojej szyi.
- Żegnajcie! - podwinęła poły sukni i zaczęła szybko biec, a my mogliśmy tylko patrzeć jak odchodzi.
***
Spojrzałem na szal, który trzymałem w swojej dłoni. Jak zwykle czysty, pachnący blondynką sprzed dziesięciu lat, oraz symbolizujący dobro – przynajmniej dla mnie. To chyba była najbardziej zadbana rzecz, jaką posiadałem w swoim obskurnym mieszkanku na wsi, oraz jedyna, dzięki której pamięć trzymała mnie przy tamtej dziewczynce, przy wyglądzie jej sylwetki, twarzy, uśmiechu…
Moje kroki kierowałem właśnie do stolicy, mając nadzieję, że dostanę tam pracę. Nie przelewało mi się, a mój poprzedni przełożony wywalił mnie z roboty po dwóch dniach, gdy przez przypadek podpaliłem jakieś drzewo, zamiast je ściąć. Tak, byłem drwalem, wcześniej kucharzem, sprzedawcą, ogrodnikiem, kelnerem i długo by można jeszcze wymieniać, a że utrzymywałem jeszcze mojego kota, musiałem koniecznie znaleźć chlebodawcę. Myśląc nad tym, gdzie mogliby mnie przyjąć, zerknąłem na kocurka, smacznie śpiącego sobie właśnie w moim szaliku. Happy był praktycznie moim jedynym przyjacielem, oraz towarzyszem, więc czasami do niego gadałem, mając nadzieję, że mnie rozumie, czasem również prosiłem go o rady, podstawiając dwie ryby – jedna miała symbolizować jedną opcję, druga drugą, a ta którą wybierał futrzak, była przeze odrzucana.
- Miau! - kot otarł się o moją brodę, domagając się jedzenia. Z mojego brzucha wydobyło się głośnie burknięcie, a ja westchnąłem.
- Nie tylko ty jesteś głodny – podrapałem jego kark i stanąłem przed Magnolijską bramą, w której można było zobaczyć kilka śladów po kamiennych kulach, a gdzieniegdzie powbijane były strzały.
Ślady wojny wciąż były mocno widoczne, co niezwykle przykuwało wzrok, oraz potwierdzało plotkę o tym, że Fiore to jedno z najsilniejszych państw.
Miałem przeogromną nadzieję, że to właśnie w tym mieście, tu, gdzie zostałem wyswobodzony z niewoli, znów los się do mnie uśmiechnie. Ale nie – już po pierwszych kilku minutach przechadzki po uliczkach, zostałem dwa razy wyśmiany, oraz na mojej głowie pojawiły się dzięki jakieś starszej pani, resztki z obiadu, a po chwili wywaliłem się o zwykły próg.
- Pomóc? - spytał mnie jakiś bogato ubrany chłopak, gdy podnosiłem się z ziemi.
- Nie, nie trzeba. Lepiej wracaj do domu młody – uśmiechnąłem się do niego i otrzepałem pobrudzone ubrania.
- Po pierwsze: niech pan nie mówi tak na mnie. Po drugie: widać, że potrzebuje pan pracy, a ja mogę panu ją załatwić. Po trzecie: musi się pan umyć, koniecznie – wymownie zatkał nos, a w jego oczach pojawiły się wesołe iskierki, mówiące, że nie powiedział tego by mnie obrazić.
- Dasz mi robotę? - spojrzałem na niego z ukosa i uniosłem do góry brew – Mimo, że znasz mnie kilka sekund?
- Dokładnie. Jestem Romeo, przybyłem do Magnolii w sprawie balu, który urządza rodzina królewska.
- Jesteś ze szlachty?
- Oczywiście!
Nie wiele myśląc, zgodziłem się.
***
Okazało się, że moja robota będzie polegała na ochranianiu młodego szlachcica na balu, który będzie odbywał się w pałacu królewskim. Dostałem eleganckie ubrania, miecz oraz trochę pieniędzy na wyżywienie do momentu, w którym nie odbędzie się przyjęcie. Po zabawie, nasze drogi mają się rozejść, a ponownie będę musiał szukać pracy. Jak dla mnie umowa była super! Nie dość, że dostanę pieniądze, to jeszcze będę mógł się najeść na bankiecie! Zabawa zaczynała się o godzinie dziewiętnastej, więc miałem ponad trzy godziny na przechadzkę po Magnolii i wynajęcie
tymczasowego mieszkania za ostatnie grosze. Gdy nadszedł czas, przebrałem się i wyruszyłem pod pałac, gdzie miałem spotkać się z Romeo. Razem weszliśmy przez ogromne, pałacowe drzwi i przechodząc kilkoma korytarzami dotarliśmy do sali balowej. Tam było już mnóstwo dam ubranych w piękne suknie, oraz wielu mężczyzn i trochę nastolatków.
- Moi rodzice przybędą później – po długim milczeniu odezwał się do mnie chłopak, strażnikowi dając przy wejściu zaproszenie – O nich nie musisz się martwić, skup się na mnie oraz na tej dziewczynce z granatowymi włosami. To Wendy, bardzo mi się podoba i nie chcę, by stała jej się krzywda.
Kiwnąłem głową i ruszyłem pędem do bufetu gdzie już na wstępie zjadłem kilka czekoladowych babeczek. Wzrokiem co jakiś czas skanowałem salę, by upewnić się, że Romeo i Wendy są bezpieczni, po czym wracałem do jedzenia.
Minęło pierwszych dziesięć minut.
Zaczynałem się już nudzić, nie wiedziałem co mam ze sobą robić, do tańca nikogo zapraszać nie chciałem, wolałem skupić się na robocie, zresztą, nawet nie umiałem tańczyć walca czy chociażby poruszać się w takt muzyki.
Przeminęło dwadzieścia minut.
Chodziłem z kąta w kąt, klaskałem gdy orkiestra kończyła grać utwór, albo podpierałem ściany. Obserwowałem wirujące w tańcu pary, samemu co najwyżej tupiąc nogą.
Kolejne dwadzieścia minut za mną.
Byłem już kompletnie znudzony, nie mogłem usiedzieć w miejscu i nawet jedzenie przestało mi pomagać, więc dreptałem w kółko po sali. Wtem zauważyłem dziewczynę. Wyróżniała się na tle innych szlachcianek, miała piękne, czekoladowe oczy i bladą cerę, jej delikatną twarzyczkę okalały jasne kosmyki, a w uszach tkwiły urocze kolczyki w kształcie serc. Blondynka chyba zauważyła, że się jej przyglądam, gdyż pomachała do mnie delikatnie i z uśmiechem na ustach ruszyła w moją stronę. Moje ciało oblał zimny pot, a serce zaczęło dudnić. „Co jest? - pomyślałem - „Nigdy wcześniej się tak nie czułem”.
- Jestem Lucy – podała mi odzianą w białą rękawiczkę dłoń.
- Natsu – również się przedstawiłem i uścisnąłem ją. Dziewczę zaśmiało się, gdy to zrobiłem, po czym ujmując moją drugą rękę, zbliżyła się do mnie i stoją na palcach, by móc patrzeć mi w oczy, zapytała się o taniec.
- Nie umiem tańczyć – zawstydzony spuściłem wzrok na moje buty, lecz ona wzięła moje kończyny, oparła je na swoich biodrach, po czym zaplotła swoje na moim karku.
- Nauczę cię.
Zaczęliśmy poruszać się w takt wolnej muzyki, nie spoglądając na siebie. Oboje byliśmy zarumienieni, jednak Lucy dodawało to mnóstwo uroku, tak samo jak lekki uśmiech, czy zakłopotany wzrok.
- Nie pamiętam twojego imienia na liście gości – zaczęła rozmowę.
- Jestem tylko ochroniarzem.
- Naprawdę?
- Nie, na niby.
- Jaki ty śmieszny – nadymała policzki i pokazała mi język. Wybuchnąłem śmiechem, a ona razem ze mną. Gdy skończyliśmy, ponownie zaczęliśmy tańczyć, trochę zgrabniej niż wcześniej, gdyż poprzednio kilka razy stanąłem na jej stopie. Wtedy coś poruszyło się w moim szaliku. Zbladłem, a zaciekawiona brązowooka dotknęła mojej materiałowej relikwii.
- Miau! - zabrzmiało. Kompletnie zawstydzony, odsłoniłem kawałek Happyego, którego przemyciłem na bal.
- Jaki słodki! - pisnęła szlachcianka i pogłaskała łepek kotka – Jak się wabi?
- Happy – zażenowany ukryłem z powrotem kocurka i oplotłem jej talię rękami, jednak ona nie chciała wrócić do tańca. Stała w miejscu i patrzyła na szalik, po czym dotknęła go zdziwiona.
- Skąd – wydusiła w końcu – Skąd go masz?
- Dostałem kiedyś.
- Od kogo?
- Od takiej dziewczynki, byłem wtedy mały, a ona uratowała mi tyłek – dziewczyna zaczęła się cofać, w końcu szybkim marszem odeszła ode mnie. Zdziwiony wzruszyłem tylko ramionami i wróciłem do obserwowania młodej pary szlachciców.
***
Bal zakończył się o drugiej w nocy, ja więc po odprowadzeniu Romeo i jego Wendy do pokoi gościnnych w pałacu, ruszyłem do wynajętego noclegu. Wróciłem niesamowicie zmęczony, a moje myśli wciąż krążyły wokół blondynki.
- Pewnie była dość bogata – rozmyślałem na głos, słowa kierując do Happyego – A widziałeś jej piersi? Taaakie duuuże! No i ładna była… ale dlaczego ode mnie uciekła? Puściłem bąka, czy co? A może wie, że byłem kiedyś niewolnikiem? Jeśli tak, to nie za prędko znajdę w Magnolii pracę.
Kotek wskoczył na moją klatkę piersiową, wbijając lekko pazurki w moją skórę. Wyszczerzyłem się i pogłaskałem niebieskie futro, dzięki czemu zwierzę wydało z siebie pomruk zadowolenia.
- Przynajmniej mamy zapewnione żarcie na następne dwa tygodnie. Kupię wędkę i zacznę nam jeszcze łowić ryby, przynajmniej zaoszczędzę na tobie, cholerny darmozjadzie – parsknąłem śmiechem, zamknąłem oczy i ułożyłem głowę na poduszce, cały czas dłoń trzymając na kocie. Postanowiłem się zdrzemnąć, by móc być przygotowanym na poszukiwanie pracy następnego dnia. Niestety, gdy już przysypiałem, rozległo się pukanie do drzwi. Gwałtownie wstałem – zrzucając z siebie biednego Happyego – i podszedłem do wyjścia z pokoju. Szarpnąłem za klamkę, by zobaczyć, kto dobija się do mnie o czwartej nad ranem.
- Cześć Natsu – stanąłem jak wryty, a moje serce zaczęło bić niesamowicie szybko. Przede mną stała Lucy w pelerynie, oraz skromnym stroju pokojówki. Była lekko zarumieniona, a jej ciało drżało z zimna, gdyż na korytarzu zajazdu panował niesamowity mróz, a nikt nie napalił w kominku stojącym koło okna.
- Natsu? Wszystko w prządku?
- Tak! - otrząsnąłem się z szoku spowodowanym przybyciem damy, po czym wciągnąłem ją do ciepłego pomieszczenia. Przyjąłem od niej pelerynę, którą rzuciłem gdzieś na krzesło, po czym usiadłem obok niej na sofie.
- Co się stało z twoją sukienką? Jesteś pokojówką?
- Nie, tylko w ten sposób straż w zamku wypuściła mnie z pokoju, moja przyjaciółka mi przyniosła ten strój – ujęła delikatnie moją rękę, spuszczając głowę – Chciałam koniecznie z tobą porozmawiać. Nie masz mi za złe, że obudziłam cię?
- Nie, oczywiście, że nie! - na moje policzki wstąpił rumieniec, gdy blondynka dotknęła szalika na mojej szyi.
- Więc mam kilka pytań. Czy ten szal – złapała materiał, ściskając go – Jest od blondynki? Takiej z brązowymi oczami? Czy było to dziesięć lat temu?
Mówiła z szybkością światła, a jej czekoladowe tęczówki świeciły niczym gwiazdy. W sumie nie słuchałem jej pytań, po prostu patrzyłem na jej twarz niczym oczarowany.
- Wystawiono cię na sprzedaż handlu ludźmi? – to pytanie było niczym kubeł zimnej wody. Odsunąłem się od Lucy, po czym dotknąłem blizny na mojej szyi, a przez moją głowę przeleciały wspomnienia.
Krew, baty, ból… płacząca Erza oraz Levi, Gray zaciskający pięści z bezsilności…
- Skąd o tym wiesz? - zapytałem grobowym głosem, czując jak całe moje ciało drży. Nie chciałem, żeby ona o tym wiedziała, mógł to być każdy, ale nie Lucy! Przy niej czułem się tak dobrze, taniec z nią był niczym zjedzenie najdroższej bombonierki, czy leżenie na kwiecistej łące. Dopiero wtedy zrozumiałem, że pierwszy raz od dziesięciu lat poczułem taką więź z drugim człowiekiem, bałem się, że moja przeszłość zniszczy tą znajomość.
- Ten szal zrobiła moja matka, która zmarła, gdy miałam siedem lat. Od tamtej pory nosiłam go ze sobą wszędzie, jako pasek, czy zwykła ozdoba. Oddałam go jednak chłopcu o różowych włosach, którego kupiłam na czarnym rynku, tak samo jak jego kilkunastu przyjaciół. Miałam nadzieję, że będzie mnie pamiętać. Ja jego twarz oraz zawód w oczach wciąż pamiętam. Wszystko pamiętam – wyszeptała, odwracając wzrok w inną stronę. Oszołomiony, złapałem za szal, po czym zdjąłem go z mojej szyi.
- Więc on należy do ciebie? - opatuliłem nim szlachciankę. Ta natychmiast się odwróciła i spojrzała na mnie z nadzieją w oczach.
- Więc to naprawdę ty! Mój boże, jak wyrosłeś! Wiedziałam, wiedziałam, że to ty!
- Ale jakim cudem ja cię nie rozpoznałem? - przyjrzałem się uważnie dziewczynie – Za wiele, to ty się nie zmieniłaś, no może poza~
Złapałem się za swoją klatkę piersiową, wyraźnie dając jej znać, jakie rozmiary zmieniły się u niej.
- Cicho tam! - pokazała mi język, po czym przytuliła się do mnie – Cieszę się, że sobie radzisz w życiu. Tęskniłam za tobą, Natsu.
- Przecież się nie znaliśmy.
- I tak za tobą tęskniłam! - w moją twarz uderzyły blond włosy, gdy Lucy schowała swoją twarz w zgięciu szyi.
Koniec końców, otrzymałem pracę w pałacu, a Happy mógł wyjadać ryby ze stawu w ogrodzie. Spędzałem z księżniczką – moja blondynka okazała się być córką króla – coraz więcej czasu, dzięki czemu poznaliśmy się na tyle dobrze, bym mógł pewnego dnia uklęknąć na jedno kolano i olewając statusy społeczne, naszą przeszłość, pochodzenie i całe otoczenie, wypowiedziałem te trzy słowa:
- Wyjdziesz za mnie?
Przeszłość nie ma trzymać cię za nogi i nie pozwalać ruszyć z miejsca – przeszłość buduje nas, nasz charakter, kształtuje naszą wiedzę. Czasem warto zamknąć jakiś rozdział w swoim życiu, nie wracać do niego, cieszyć się teraźniejszością.

Nie ważne jest to, kim jesteś, jaką masz przeszłość, oraz jak widzi cię społeczeństwo – jeśli miłość złapie cię w swoje sidła, już się nie wydostaniesz.


-_-_-_-_-_-_-_-_-
-_-_-_-_-
Wiem, wiem: one shot średniawy, nie logiczny i ogólnie dupy nie urywa.
Mimo wszystkiego wstawiam go i mam nadzieję, że się podoba :)
L.D.

niedziela, 3 września 2017

Gruvia One Shot "Morska śpiewaczka"

Mętnym wzrokiem obrzuciła swe siostry, czekające cierpliwie na ofiarę, która wolno zbliżała się do syrenich skał. Gdy dały jej znak, wspięła się na jeden z wystających znad ziemi kamieni i zaczęła śpiewać. Jej głos zgubił marynarzy, którzy szybko rozbili się, a na ich ciała, wciąż szamotające się w wodzie, rzuciły się potwory, szybko rozrywając je na strzępy.
Krew znów zabawiła morze.
W przeciwieństwie do innych syren, nie lubiła ludzkiego mięsa – było obrzydliwe w smaku, wolała polować na mniejsze ryby. Lecz niestety, jej siostry chcąc by kontynuowała „syrenią tradycję” zmuszały ją do śpiewania, ilekroć jakiś statek przepływał obok nich. Pewnego dnia zauważyła jak kolejny wpływa prosto do paszczy lwa. Szybko wspięła się na skałę i rozpoczęła pieśń. Była piękna, niesamowita, zgubna, chcieli słuchać jej wszyscy członkowie załogi. Wszyscy, oprócz jednego. Stał niczym niewzruszony, patrząc się na morską toń, w której tylko czekały siostry. Zdumiona tym, zaczęła śpiewać głośniej. Wciąż nic. Zmieniła pieśń na ładniejszą – olał ją kompletnie, sterem przekręcając w bok. Musiał mieć serce z lodu, skoro nie chciał słuchać jej śpiewu! Ona chciała rozpuścić ten lód, gdyż jej uczucia oszalały.
Zakochała się.
***
- Szlag by to – Gray przeklął pod nosem, widząc jak jego towarzysze patrzą się jak zahipnotyzowani na stwora o niebieskich włosach. Sam nie wiedział, czy to przez śpiew, jaki wydobywał się z ust syreny, czy przez odsłonięte kompletnie ciało, którego połowa przypominała kobiece wdzięki, ale marynarze głupieli. Kilku już szykowało się do skoku do wody, a innych dwóch już skoczyło w morze, a na których rzuciła się cała reszta bestii, skrywająca się w cieniu statku. Nawet ich kapitan – Erza Scarlet – patrzyła się zauroczona na niebieskowłosą istotę, wsłuchując się w pieśń.
Jemu ona się nie podobała: taka wesoła, mówiąca o pięknym życiu syren, o szczęśliwie zakochanym marynarzu. Sama dziewczyna (o ile można tym mianem nazwać bestię o ciele kobiety i ogonie ryby) również według niego nie była jakimś okazem piękna, wzroku nie przyciągały też kobiece krągłości. A przynajmniej jego wzroku, ponieważ kolejni wyskakiwali za burtę. Widząc to, uderzył z całej siły kapitana w głowę, by nie popełniła kolejnego błędu, a kolejnych przywiązywał do masztu, lub również pozbawiał przytomności. Został tylko jego najlepszy przyjaciel, Lyon. Białowłosy zachwycony syreną nie słuchał jego próśb, odtrącał jego ręce, aż w końcu wyskoczył, ciągnąc również jego. Przerażony uderzył w taflę wody, a w jego ciało natychmiast wbiła się para szczęk. Próbował wydostać się na powierzchnie, ale im bardziej się szamotał, tym mocniej dwie syreny ciągnęły go w dół, aż w końcu cisnęły nim o morskie dno. Czuł, że powoli traci powietrze, a przed oczami pojawiają się mroczki. Przeklął soczyście w myślach, gdy ostre, syrenie kły oderwały kawałek mięsa od jego prawego boku, chichocząc przy tym upiornie. Nie dał rady już dłużej walczyć – brak powietrza dał o sobie znać, a jego oczy same się zamknęły.
Żegnaj życie!
***
- Patrz Juvia, co ci zostawiłyśmy! Najlepsze ciacho! - aż bała się spojrzeć na porozrywane ciało, ale w końcu odwróciła się – Jeszcze żyje, ale zemdlał już!
Kiwnęła tylko głową i przejęła mężczyznę od sióstr, oglądając jego rany. Niewiele myśląc, przytknęła swoje usta do jego rozwartych warg i podała mu trochę drogocennego tlenu. Wiedziała doskonale, że niewiele to pomoże i ruszyła ku powierzchni, gdzie wystawiła głowę ocalałego nad wodę, uciskając jego pierś, dzięki czemu wypluł po chwili trochę wody, która wydostała się z jego płuc.
- Już wszystko dobrze, Juvia się tobą zaopiekuje – wyszeptała i przytuliła głowę ciemnowłosego do swojej szyi – Juvia nie pozwoli cię skrzywdzić.
W jej oku pojawił się wesoły błysk, a usta wygięły się w delikatnym uśmiechu, chyba pierwszy raz w jej nudnym życiu, w którym nieprzerwanie panowała rutyna.
Przerzuciła sobie jego ramię przez swoją szyję i zaczęła płynąć w kierunku pierwszej lepszej skały, co jakiś czas spoglądając na okręt, z którego wypadł marynarz, ciągnięty przez białowłosego, którego resztki ciała gdzieś pływały jeszcze na wodzie.
- Juvia zaraz cię opatrzy – wymamrotała, oddzierając kawałek spodni i obwiązując nim krwawiący bok mężczyzny. Gdy to zrobiła, ułożyła go jak najwygodniej na skale, a sama swój wzrok przerzuciła z twarzy ciemnowłosego na łódź. Ta przez wiatr i siłę syrenich rąk spychana była na śmiercionośne skały. Na pokład zaczęło dostawać się mnóstwo wody, a marynarze, który oprzytomnieli już po jej śpiewie, próbowali wyrwać się z więzów, a część wciąż jeszcze leżała (bądź już pływała) na podłodze z zamkniętymi oczami. Kolejny wrak osiądzie na dnie morza, a kolejni mężczyźni zginą w paszczach jej sióstr.
Patrzyła na to wszystko ze smutkiem, w jej gardle rosła gula, a do oczu wcisnęły się łzy.
***
Z trudem uniósł powieki, lecz po chwili szybko je opuścił, gdyż w jego biedne gałki oczne uderzyło światło dnia. Po omacku starał się rozpoznać teren, na którym leżał prawdopodobnie bezwładnie kilka godzin, a gdy stwierdził, że nie ma zielonego pojęcia, gdzie jest, zdecydował się na ponowną próbę otwarcia oczu, która tym razem skończyła się pomyślnie. Rozejrzał się po kamienistej plaży, pełnej szkieletów, kości, podartych materiałów i gnijącego mięsa, nad którym latały setki much.
Zrozumiał gdzie jest, więc szybko zerwał się na nogi i podbiegł do pierwszego lepszego trupa, którego syreny nie miały ochoty zjeść poprzedniego dnia. Po jego policzkach spłynęło kilka łez, a serce zaczęło szybciej bić.
- Ul – przytulił zwłoki kobiety, która zajmowała się nim całe jego dzieciństwo, znalazła mu pracę jako marynarz, oraz razem z nim wypływała w morze. Słone krople zaczęły spadać na siną twarz bez żadnego wyrazu, a ramiona czarnookiego mocniej zacisnęły się na jej ciele. Nie miała na sobie nawet skrawka ubrania, na nogach i brzuchu miała mnóstwo śladów po syrenich zębach, lecz i tak najgorzej wyglądała jej głowa – czaszka rozbita została kamieniem, a po twarzy przejechały pazury. Nie miała jednego oka, najwidoczniej bestie je wydłubały.
Odłożył w końcu martwą Ul i zaczął iść w stronę lasu widocznego przy plaży, chcąc wziąć gałęzie na krzyże, które ustawiłby na grobach nieżywych kompanów.
Kopanie dołów, zaciąganie nieboszczyków do nich, zakopywanie, robienie dla każdego osobna krzyż, oraz drewnianą tabliczkę z imieniem zajęło mu praktycznie cały dzień. Niestety, wielu ciał nie mógł znaleźć, albo znajdywał na przykład tylko rękę czy nogę, nie mogąc zidentyfikować do kogo ona należała, a nie chciał robić pustych grobów, według niego, pogrzeb miał sens wtedy, jeśli do ziemi można cokolwiek włożyć. Ale każdemu człowiekowi należy się pochowanie go, więc zrobił jeszcze jedną mogiłę, gdzie na kamieniu wypisał imiona pozostałych. Wieczorem, usiadł przy grobie Ul, ponownie roniąc łzy.
- Kap, kap, kap – słysząc czyiś głos, odwrócił się z przerażeniem. Za nim siedziała niebieskowłosa syrena, ta sama, która zwabiła jego przyjaciół i skazała ich na tak okrutną śmierć. W jego oczach pojawiła się iskra, a po chwili płomień wściekłości zapalił się w jego tęczówkach. Wyjął z kieszeni sztylet, który wymierzył w gardło kobiety.
- Ty szmato! - wrzasnął – przez ciebie Ul nie żyje!
Rzucił się na nią, broń przykładając do jej krtani.
- Juvia przeprasza – szepnęła i zamknęła oczy – Juvia nie chciała śmierci towarzyszy Panicza.
Wyciągnęła ręce do przodu, opierając je o klatkę piersiową mężczyzny. Poczuła szybkie bicie jego serca, a na jej twarz spadło trochę słonych kropel.
- Co mi po twoich przeprosinach?! Lyon, Erza… wszyscy moi przyjaciele, nie żyją! A przez kogo?! Przez ciebie! - na przemian płacząc i krzycząc, trzymał ostrą krawędź milimetry nad jasną skórą. Jedną ręką podpierał się o ziemię, a spojrzenie wbijał w zaciśnięte powieki wroga. Czuł nienawiść do jej osoby, obrzydzenie, miał ochotę zamordować ją z zimną krwią, mszcząc swoich poległych kompanów.
Syrena również zaczęła ronić łzy, jej wargi drżały.
- Juvia przeprasza! - pisnęła, w gardle pojawiła się ogromna gula utrudniająca mówienie.
Bajka o syrenie i marynarzu o zimnym sercu skończyła się okrutnie: Gray zostawił
wykrwawiającą się na śmierć dziewczynę, odchodząc na drugi koniec wsypy.
Tam przeżył resztę swojego życia jako samotny rozbitek, mimowolnie wspominając z poczuciem winy umierającą Juvię.
Oko za oko. Ząb za ząb.
Życie za życie.



-_-_-_-_-_-_-_-_-_-_-_-_-_-
-_-_-_-_-_-_-

Woooow! Ale szaleję! Dwa posty w jednym tygodniu!
Luna, czy ty nie jesteś czasem chora?
Nie, po prostu (w końcu! ;_; T_T) skończyłam tego shota, którego tak okrutnie zakończyłam, co jest do mnie nie podobne, gdyż wolę wesołe zakończenia. Ale cóż, jakoś mnie naszła wena, każąca napisać mi czyjąś śmierć, więc proszę bardzo!
Weno, jesteś zadowolona?
Wena: Nieeeeeee. A tak w ogóle Luna, to jak będziesz męczyć się na niemieckim, to prawdopodobnie do ciebie wpadnę :P.
Co proszę?!
Wena: A kiedy będziesz miała weekend, to wyjeżdżam w Bieszczady. Tak jak w zeszłym roku.
Tak, moja wena jest kapryśna i podczas roku szkolnego odwiedza mnie w najgorszych momentach, więc nie wiem jak będzie z rozdziałami.
Do zobaczenia!

Luna D.

sobota, 2 września 2017

Rozdział 18 "Czekolada"

Każdy z nas wybałuszył oczy, a Happy ze zdziwienia otworzył pyszczek.
- Natsu, czy tylko ja widzę tu Wendy? - spytałam narzeczonego, wskazując granatowowłosą dziewczynkę z doczepionymi skrzydełkami, oraz w białej, uroczej sukience z falbanami.
- Nie, nie tylko ty – zamiast niego, odpowiedział mi Macao, przyglądając się jej ze zdziwieniem. Wtedy zaczęły śpiewać. Głosy miały czyste oraz przyjemne dla ucha, a biodra delikatnie ruszały się w takt śpiewanej piosenki. Przestałam zawracać sobie głowę tym, kim jest młoda artystka, po prostu wsłuchiwałam się w muzykę. Nagle Dragneel zerwał się jak oparzony z miejsca i wskoczył na scenę, przerywając występ. Zaczął wpatrywać się w zdziwioną Wendy, aż w końcu odezwał się:
- Kopę lat, Wendy! Idziesz z nami! - biedaczyna nie miała czasu nawet odpowiedzieć, gdyż mężczyzna przerzucił ją sobie przez ramię, uśmiechając się od ucha do ucha. Westchnęłam teatralnie, przykładając dłoń do twarzy.
- Bardzo przepraszamy za niego – Tytania ściągnęła Natsu, a po widowni rozeszły się szmery, niektórzy wskazywali dwójkę magów palcami. Granatowowłosa dziewczyna nie była w stanie się ruszyć, w jej oczach zabłyszczały łzy, a wzrokiem błądziła po widowni. Gdy odnalazła mnie, pomachałam jej lekko dłonią i uśmiechnęłam się przepraszająco. Wtedy zeszła ze sceny i wolnym krokiem podeszła do naszej grupki, ocierając rękawem słone krople.
- Witajcie – szepnęła i upadła na kolana, zanosząc się płaczem. Występ został z tego wszystkiego przerwany, widzowie źli rozeszli się do domów, Sherria Blendy - która śpiewała razem z naszą Wendy – próbowała uspokoić swoją przyjaciółkę, a ja zdzieliłam narzeczonego torebką.
- Skąd się tu wzięłaś? - zapytał bezceremonialnie Salamander, gdy smocza zabójczyni wytarła ostatnią łzę.
- Mieszkam tutaj razem z Sherrią, oraz śpiewam dla mieszkańców, za co dostaję czasami pieniądze, w dodatku utrzymuję się jako barmanka w Lamia Scale – wstała z ziemi, zaciskając lekko pięści – Po rozpadzie Fairy Tail zamknięto Fairy Hills, więc nie miałam gdzie mieszkać i jak zarabiać na swoje życie. Pani Ooba ( jakby ktoś nie pamiętał: mistrzyni Lamia Scale, dop.aut) wyciągnęła do mnie pomocną dłoń, oferując mi pracę oraz występy, Sherria zaproponowała mi wspólne wynajmowanie mieszkania.
- To prawda – staruszka kręcąc nieustannie swoim palcem, podeszła do nastolatki i położyła rękę na jej ramieniu – Wiedziałam, że w końcu przyjdziecie do nas wróżki. W życiu bym nie pomyślała, że Makarovowi aż tak odwali na starość, że zamknie tak wspaniałą gildię. Jak tylko go dorwę, to porządnie nim zakręcę! - biedny mag stojący najbliżej nas zaczął się kręcić, gdy tylko mistrzyni gildii zaczęła energiczniej ruszać swoją ręką – A ty drogie dziecko, wróć do nich.
- Pani Ooba~ – zaczęła Wendy, ale starsza magini ujęła jej dłoń i odeszła z nią gdzieś na bok.
- Myślicie, że będzie chciała z nami iść? - Aki wyciągał szyję, by móc ujrzeć zza Elfmana Marvell.
- Tak – odparł Natsu – Na pewno.
Miał rację: gdy tylko wróciła, a my powiedzieliśmy o naszym pomyśle, zgodziła się z uśmiechem na twarzy.
***
- Mroczna Gildia! - żegnaliśmy się z magami z Lamia Scale, gdy nagle usłyszeliśmy głos przerażonego mężczyzny. Sekundę później drzwi budynku rozleciały się w proch. Stało tam przynajmniej trzystu uzbrojonych magów, którzy czekali tylko na sygnał do ataku. Nagle usłyszeliśmy go - okrzyk mistrza mrocznej gildii. Natsu wziął mnie na ręce i zaczął biec.
- Co ty robisz?! Musimy wrócić i im pomóc!
- Ja tak, ty nie - rozejrzał się, aż w końcu otworzył pierwsze lepsze drzwi i kazał mi tam zostać. Zła, marudząc weszłam do pomieszczenia i usiadłam na podłodze. Zostałam sama w schowku na miotły. Usłyszałam wykrzykiwane zaklęcia, krzyki bólu, a najgłośniejszy był kto? No oczywiście Salamander. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, jakie niebezpieczeństwo by mnie i dziecko czekało, gdybym tam została. Oparłam się o ścianę i odchyliłam głowę w tym. " Od kiedy jestem głupsza od Natsu? Ciąża chyba jednak COŚ robi z człowiekiem " pomyślałam i cicho zaśmiałam się. Nagle poczułam ból. " Nie, nie, nie! Błagam nie teraz!" zaczęły się skurcze, a kolejna dawka bólu przeszyła moją głowę. Ciemność. "Nie ja nie chce!" wrzasnęłam w myślach, bojąc się kolejnego koszmaru.
- Spokojnie - "Nie! Nie chce! Moja mama nie żyje, kto się pod nią podszywa?!" słysząc tak dobrze znany mi głos, zła zaczęłam wymachiwać rękoma.
- Mówię żebyś się uspokoiła, bo inaczej wnuczka mi zginie, zanim się w ogóle urodzi - blond włosa westchnęła a wraz z nią stojący obok czerwony smok. Zamrugałam ze zdziwienia. Przede mną stały dwie osoby które już nie żyły. A jednak jakoś pojawiły się w mojej podświadomości.
- Więc już wiesz kim jestem? - Igneel zbliżył ogromny łeb i obwąchał mnie delikatnie. - Tak jak mówiłem Layla, to dziewczynka.
- Skąd?!~
- Skarbie, my wszystko widzimy. Myślisz, że tylko Mavis może być na ziemi, mimo że nie żyje? My też. Co prawda Igneel dopiero teraz ci się ukazał, ale mnie widziałaś wcześniej, prawda? Wybacz za tamten koszmar, chcieliśmy cię przetestować. No i niestety oblałaś. Mówi się trudno - Layla wręczyła mi coś, a ja mimo tego, że złość niemal wylewała się ze mnie, to przyjęłam przedmiot. Był to klucz. "Aquarius?!" zdziwiona krzyknęłam w myślach.
- Brawo! Teraz musisz to już tylko znaleźć w prawdziwym świecie. Powodzenia - postacie zaczęły znikać. Stałam sama z kluczem, bezradnie rozglądając się za kimkolwiek, kto mógłby mi pomóc.
Nagle znowu wszystko zrobiło się czarne, a moje ciało stało się bezwładne. Otworzyłam oczy i usiadłam.
- Gdzie ja jestem? - wymamrotałam zdziwiona. Obok mnie siedziała tylko Wendy z apteczką.
- W oddziale medycznym Lamia Scale. Pan Aki znalazł panią w schowku na miotły, skuloną, oraz mamroczącą w nieznanym mu języku. Przyniósł cię tu, po czym przyprowadził mnie – odpowiedziała mi Marvell, przykładając swoje dłonie pokryte zieloną aurą do mojej klatki piersiowej – Nie mam pojęcia co mogło się stać, więc jedyne co mogę zrobić, to nałożenie lekkiego zaklęcia uspakajającego.
Kątem oka spojrzałam na swoją dłoń, oczekując, że będzie na niej leżał klucz, ale nie było tam niczego. Wzięłam głęboki oddech i splotłam ze sobą palce, kolejny sen ponownie źle się na mnie odbił.
- Czy walka już się skończyła? - spytałam.
- Tak, reszta stoi za drzwiami i czeka na nas. Mam małe pytanie…
- Mów śmiało!
- Czy jest pani w ciąży?
- T-tak – zarumieniłam się leciutko.
- Więc ma pani już męża? Aż tyle wydarzyło się przez ten rok?! - krzyknęła zdumiona, a jej oczy otworzyły się szeroko. Obie spaliłyśmy buraka, Marvell z niedowierzaniem dotykając mojego lekko wypukłego brzucha, ja postanowiłam popatrzeć sobie w białą ścianę, która wydała mi się w tamtym momencie wyjątkowo ciekawa.
- Nie – odezwałam się cicho po chwili milczenia – Jeszcze nie jesteśmy małżeństwem.
Nie mieliśmy za dużo czasu na opowiedzenie nastolatce, co działo się przez te piętnaście miesięcy po zamknięciu gildii, jedyne co zdążyliśmy zrobić, to przedstawić naszego nowego przyjaciela. Pokrótce opowiedziałam jej jak zaczęliśmy zbierać naszą niewielką ekipę, oraz na szybko napomknęłam coś o tym, że Natsu to mój narzeczony. Gdy skończyłam, Mirajane z filiżanką herbaty dla mnie wkroczyła do pokoju i oznajmiła, że udało im się przegonić magów, a mistrzyni Lamia Scale już powiadomiła odpowiednie służby, by zlikwidowali mroczną gildię.
- Dobrze się już czujesz? - usiadła przy łóżku na którym leżałam.
- Powiedzmy.
***
Gdy Wendy wzięła ze swojego i Sherri trochę ubrań i Carlę, ruszyliśmy w dalszą drogę w stronę miasta w którym rzekomo nieustannie przez dwa bite tygodnie padał deszcz, a co mogło się z tym wiązać? Nasza Juvia! Jako że na podróżowaniu piechotą oraz spaniu pod gołym niebem zaoszczędziliśmy sporo pieniędzy, postanowiliśmy dotrzeć tam pociągiem.
- Naaatsu – szliśmy przez miasto, gdy nagle przytuliłam się do różowowłosego maga – chcę czekoladę.
- Skąd mam ci wytrzasnąć czekoladę? - na jego skroni pojawiła się pulsująca żyłka, a spojrzenie utkwiło w lecącym przed nami Happym.
- Wymyśl coś – mruknęłam, krzyżując ręce pod piersiami.
- Obawiam się Lucy, że myślenie nie jest akurat jego mocną stroną – wspomniany exceed włączył się do rozmowy, cicho chichocząc – Mogę dać ci rybkę, też dobra.
- Ona chce czekoladę – wskazałam na swój zaokrąglony lekko brzuszek, w policzki nabierając trochę powietrza.
- Ona? - na to jedno słowo, cała grupka magów przystanęła i spojrzała na mnie z zaciekawieniem – Skąd wiesz, że to dziewczynka?
- Przeczucie – uśmiechnęłam się nerwowo, po czym zarumieniłam się lekko – Więc możemy kupić czekoladę?
- Oczywiście! - w tęczówkach dziewczyn pojawiły się gwiazdki, a Natsu wywrócił oczami. I w ten oto sposób zboczyliśmy z obranego przez Erzę i Macao kursu i ruszyliśmy w stronę sklepu ze słodyczami. Wendy zachwycona patrzyła na kolorowe lizaki, a biedny Romeo widząc to, starał się wygrzebać drobne ze swojego portfela. Obserwując tą scenę, aż miałam ochotę pisnąć ciche „awwww”, lecz powstrzymałam się i dalej oglądałam próbę znalezienia wystarczającej liczby pieniędzy.
- Co podać? - sprzedawca z nieukrywanym śmiechem również przyglądał się dwójce młodych magów, lecz w końcu zwrócił uwagę na mnie, gdyż w dłoni trzymałam już kilka kryształów.
- Czekoladę – obdarzyłam go uśmiechem i gdy tylko dostałam mleczny wyrób nadziewany orzechami, położyłam pieniądze na ladzie i wyjęłam słodycz z opakowania. Gdy zjadłam, wznowiliśmy wędrówkę, po kilkunastu minutach docierając na stację. Wsiedliśmy w pociąg jadący do miasta Musici, wystawiając smoczego zabójcę na cierpienie, a reszcie przynosząc ulgę naszym nogom.
Pewien czas temu zauważyłam, że coraz częściej mam różne zachcianki, najczęściej dotyczące jedzenia i to często dość dziwnego. Dragneel patrzył na mnie z lekkim zdumieniem, gdy jadłam na przykład kiszonego ogórka ze śmietaną i czekoladą, lecz i tak szczytem wszystkiego było… przypadkowe zjedzenie przeze mnie ognia. Zdarzyło się to w nocy, Natsu postanowił wyjść z namiotu w którym spaliśmy. Aby oświetlić sobie drogę, podpalił swoją dłoń, bardzo blisko mojej twarzy, a że ja spałam z otwartymi ustami, to wciągnęłam płomienie i z mlaskiem je połknęłam. A przynajmniej tak było, o ile smoczy zabójca i nasz koci kolega nie kłamią. A jak już o nim mówimy, to widziałam doskonale, że zmienił się w ciągu tych trzech miesięcy – częściej myślał, zaczął rozważać nad naszą przyszłością, a nawet po kryjomu czytał książkę o rodzicielstwie. Mimo wszystko, mimo odpowiedzialności, jaka na nas spadła, wciąż jest tym uśmiechniętym i lekko rąbniętym chłopakiem, którego poznałam w Hargeon. 
A czy ja się zmieniłam? Nie, chyba nie, zaczęłam tylko nieco inaczej się odżywiać i myślałam o snach, lub o liście, lecz to drugie schodziło na drugi plan. Nie chciałam się tym zadręczać, wolałam gdy moje myśli szybowały koło tematu radosnej przyszłości, lub gdy chłonęłam teraźniejszość.



-_-_-_-_-_-_-_-_-_-_-_-_-_-_-_-_-_-
-_-_-_-_-_-_-_-_-
Witaaaajcieeeee.....
Dość długo nie przychodziłam z rozdziałami, wiem o tym dobrze :\. Jednak w końcu, po długich mękach, myślenia, planowania, pisania i poprawiania, publikuję rozdział osiemnasty. Na następny chyba nie będziecie musieli czekać ( o ile ponownie w tym roku nie odetną nam internetu), gdyż jest już w drodze. 
Czy tylko ja czuję się tak, jakbym miała iść do więzienia, a nie do szkoły? Mówiąc szczerze, boję się tam wracać, nie chcę być znowu przezywana, mimo że cała sprawa z przezywaniem mnie ucichła, nie jestem już osłem ofiarnym w klasie, ale i tak mam mocne przeczucie, że coś się może, mówiąc brzydko, spieprzyć.
Mam nadzieję, że z większym entuzjazmem niż ja, wracacie do nauki.
Do następnego!
L.D.